Czytanie Halldóra Laxnessa po raz pierwszy bywa jak uderzenie islandzkiego wiatru – najpierw odbiera dech, potem zbija z nóg, a na końcu zostawia cię z poczuciem surowego, fascynującego piękna. Jako miłośniczka literatury Północy i osoba, która spędziła z jego książkami dziesiątki zimowych wieczorów, mogę z czystym sumieniem powiedzieć: to nie jest autor, którego da się łatwo zaszufladkować.

Jedyny islandzki laureat Nagrody Nobla dokonał czegoś, co na papierze wydaje się niemożliwe. Wziął surową, zakorzenioną w średniowieczu tradycję dawnych sag, dorzucił do niej pulsujący niepokój europejskiego modernizmu i doprawił to wszystko bezwzględnym realizmem. Jego styl ewoluował przez blisko siedem dekad, ale nigdy nie stał się nudnym monolitem.

Jak to osiągnął? Zajrzyjmy pod literacką podszewkę islandzkiego mistrza.

Chłopak z farmy, który zburzył literacki porządek

Żeby zrozumieć styl Laxnessa, trzeba zrozumieć jego nieustanny głód zmian. Urodził się w 1902 roku jako Halldór Guðjónsson. Kiedy miał trzy lata, jego rodzina przeniosła się na farmę Laxnes – i to właśnie ta nazwa stała się jego literacką wizytówką, noszoną dumnie do końca życia.

Jego droga nie była prosta. Jako młody chłopak włóczył się po powojennej Europie, szukając sensu, co ostatecznie zaprowadziło go w 1923 roku do murów klasztoru św. Maurycego w Luksemburgu. Przeszedł na katolicyzm, przyjął imię Kiljan i pisał teksty nasycone religijnym pesymizmem.

Ale prawdziwe trzęsienie ziemi przyszło w 1927 roku. Wydał wtedy powieść Vefarinn mikli frá Kasmír (Wielki tkacz z Kaszmiru). Szczerze? To był szok dla islandzkich czytelników. Powieść przesiąknięta wpływami francuskiego ekspresjonizmu i Prousta dosłownie zburzyła tradycyjną, ułożoną strukturę tamtejszej narracji. Laxness całe życie powtarzał, że czuje ciągłą potrzebę odnowy. Z każdą kolejną książką dekonstruował to, co osiągnął wcześniej, by podejść do czytelnika z zupełnie niespodziewanej strony.

Anatomia nędzy: zapach torfu i końskiego moczu

Często spotykam się z przekonaniem, że „realizm” to synonim długich, ciągnących się opisów przyrody czy pracy. Laxness brutalnie weryfikuje to podejście. Jego realizm z lat 30. (widoczny w genialnych powieściach Salka Valka czy Niezależni ludzie) wykracza daleko poza suche analizy.

On nie odwraca wzroku. Wprowadza nas do wilgotnych, lepkich domów, w których czuć swąd torfu i końskiego moczu. Demitologizuje romantyczny obraz „dzielnego rolnika” walczącego z naturą. Zamiast tego pokazuje ofiary – ludzi uwikłanych w globalne procesy rynkowe, oszukiwanych przez kupców, dla których własna niezależność jest tylko bolesną iluzją.

Zobaczmy, jak to działa w praktyce:

  • Ekonomia ponad wszystko: Bjartur z Letnich Domów to więzień długu. Haruje ponad siły, wierząc w swoją wolność, podczas gdy lokalni posiadacze ziemscy po cichu pociągają za sznurki.
  • Patologia przetrwania: W świecie Laxnessa zdesperowany człowiek zmienia priorytety. W Niezależnych ludziach zdrowa owca staje się dosłownie cenniejsza niż ludzkie życie. Śmierć pierwszej żony Bjartura podczas porodu? Mąż był wtedy zajęty poszukiwaniem zagubionej owcy. To szczyt tragicznego naturalizmu, który potrafi zostawić czytelnika w osłupieniu.
  • Emocjonalne zagłodzenie: Bohaterowie Laxnessa są szalenie skomplikowani („terribly messy”). Nie potrafią okazywać czułości, bo w ich brutalnej codzienności empatia to luksus, na który zwyczajnie ich nie stać.

Ironia, czyli intelektualny parasol ochronny

Gdyby Laxness zostawił nas wyłącznie z tą dojmującą nędzą, pewnie zamknęlibyśmy jego książki po 50 stronach z poczuciem przytłoczenia. Na szczęście miał genialne narzędzie: ciętą jak brzytwa ironię.

Zacznijmy od najprostszego przykładu. Sam tytuł Niezależni ludzie (Sjálfstætt fólk) to jeden wielki żart z bohaterów, którzy są dramatycznie wręcz zależni od kaprysów natury, złośliwości merchantów i własnej ślepoty. Laxness uwielbiał nadawać rozdziałom tytuły w stylu „Lata dobrobytu”, opisując w nich czas morderczej harówki kończącej się licytacją gospodarstwa przez bank.

Pisarz był też mistrzem tak zwanej „wiejskiej naiwności”. Narrator często przyjmuje perspektywę prostego chłopa, relacjonując egzystencjalne dramaty bez cienia emocji. Efekt? Piorunujący, czarny humor. A jeśli szukamy literackiej dekonstrukcji narodowych mitów, wystarczy sięgnąć po Gerplę. Laxness wziął w niej tradycyjną sagę heroiczną i używając starodawnego, archaicznego języka, opisał dawnych wikingów nie jako pomnikowych bohaterów, lecz jako bandę bezsensownych rzezimieszków.

Lodowiec, który oddycha wiecznością

W tym momencie możesz pomyśleć: „Czyli to brudny realizm podszyty gorzkim żartem?”. Tylko częściowo. Gdyby tak było, Laxness nie zdobyłby w 1955 roku Nagrody Nobla za swoją żywiołową moc epicką. Pod warstwą błota i kpiny kryje się u niego niewiarygodna poetyckość.

W jego książkach islandzki krajobraz żyje. Nie jest tłem na pocztówce, ale niesamowitą, piękną i przerażającą siłą, która cały czas przypomina nam, jak bardzo jesteśmy mali. Kiedy Laxness opisuje deszcz w Niezależnych ludziach, nazywa go „nieromantyczną historią z samego życia, która nie ma rytmu ani crescendo”, a zaraz potem „niezgłębionym oceanem”. W późniejszej powieści Duszpasterstwo pod lodowcem (1968), tytułowy lodowiec Snæfellsjökull niemal oddycha, szepcząc słowo „nigdy”, które być może oznacza „zawsze”.

Niesamowicie plastyczny jest u niego rytm samego zdania:

  • Gdy opisuje naiwne, romantyczne marzenia dorastającej dziewczyny, język robi się gęsty, powolny, przypominający gęstą melasę.
  • Kiedy przechodzi do ciężkiej, fizycznej pracy mężczyzn, staje się oszczędny, chirurgiczny i precyzyjny.

Nie można też zapomnieć o jego pracy jako tłumacza. Przekładając na islandzki dzieła Ernesta Hemingwaya, Laxness nauczył się reporterskiej ekonomii słowa i zasady show, don't tell. Kiedy połączysz tę powściągliwość z islandzkim folklorem – otrzymasz prozę unikalną w skali globu. O ile amerykański realizm Johna Steinbecka bywał świetny społecznie, Laxness zawsze dokładał do tego garść archaicznych mitów, klątw (jak ta ciążąca nad ziemią Bjartura) i głębokiej metafizyki.

Późny Laxness, czyli taoistyczny luz

Im był starszy, tym rzadziej interesowały go wielkie polityczne manifesty. W latach 60., szczególnie we wspomnianym już Duszpasterstwie pod lodowcem, Laxness odjechał w stronę totalnego absurdu i filozofii.

Zbudował postać pastora Jóna Prímusa, który ucieleśniał taoistyczny ideał niedziałania (wu wei). Zamiast wygłaszać wzniosłe kazania z ambony, duszpasterz wolał w milczeniu naprawiać parafianom piecyki. Dla Laxnessa stało się to świetnym punktem wyjścia do kpiny z naszego nowoczesnego parcia na „postęp” naukowy.

Most pomiędzy epokami

Halldór Laxness nie pisał dla poklasku algorytmów ani ówczesnych władz. Zaryzykowałabym wręcz twierdzenie, że pisał z czystego gniewu, współczucia i miłości do „pokornych tego świata”, których nauczyła go szanować babka.

Jego warsztat uratował islandzką literaturę przed prowincjonalizmem. Przemycił wyspiarski ból i starodawne mity na największe salony świata, tworząc prozę głęboko ironiczną, nierzadko tragiczną, ale na samym dnie – ulepioną z niezwykłej empatii. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji poznać zapartego w sobie Bjartura albo niezależnej Salki Valski – zrób sobie herbatę, zarezerwuj kilka godzin i po prostu zacznij czytać.