Tamta jesień na Islandii była wyjątkowo surowa, a w powietrzu wciąż unosił się kurz po potężnym gospodarczym tąpnięciu z 2008 roku. Zamiast jednak poddać się apatii, islandzka scena muzyczna zrobiła to, co potrafi najlepiej – stworzyła własny, eskapistyczny świat. Album „My Head Is an Animal” formacji Of Monsters and Men to dla mnie osobiście coś więcej niż tylko sztandarowy reprezentant ery indie-folku. Dziś, kilkanaście lat po premierze, wracam do tych dźwięków, by sprawdzić, ile zostało z tamtej magii, zwłaszcza w przededniu ich pierwszego klubowego koncertu w Polsce, zaplanowanego na 2026 rok.

Dziewczyna z wypożyczalni kaset i ucieczka przed kryzysem

Kiedy państwo stoi na krawędzi bankructwa, kultura nierzadko staje się jedyną tratwą ratunkową. Nanna Bryndís Hilmarsdóttir pracowała w tamtym czasie w lokalnej wypożyczalni kaset wideo w Reykjavíku, a po godzinach pisała swoje zmysłowe, akustyczne piosenki pod pseudonimem Songbird. Szybko jednak poczuła, że te solowe demówki potrzebują większej głębi – tej specyficznej, islandzkiej przestrzeni. Zaprosiła więc do współpracy szkolnego kolegę Brynjara Leifssona, a zaraz po nim Ragnara „Raggiego” Þórhallssona.

Jako redaktorka zajmująca się nordycką sceną, doskonale pamiętam emocje, jakie towarzyszyły ich wygranej w prestiżowym islandzkim przeglądzie talentów Músíktilraunir w 2010 roku. To zwycięstwo stało się impulsem do działania. Zespół powiększył skład do sześciu osób, werbując perkusistę, basistę oraz klawiszowca z akordeonem. Dzięki temu zyskali potężną, niemal orkiestrową ścianę dźwięku, która idealnie oddawała surowość naszej ulubionej wyspy.

Mrok starannie ukryty w radosnych akordach

Panuje powszechne przekonanie, że tamta fala muzyki to czysta, nieskrępowana radość. Wystarczy jednak uważnie wsłuchać się w teksty, by poczuć zupełnie inny, o wiele chłodniejszy wiatr. Największy przebój grupy, Little Talks, przy którym całe rzesze słuchaczy tańczyły na letnich festiwalach, to w rzeczywistości zapis rozmowy wdowy popadającej w głęboki obłęd. Kobieta snuje się po opustoszałym starym domu i dyskutuje z duchem zmarłego partnera. Nanna napisała te słowa tuż po własnej przeprowadzce do wiekowej, skrzypiącej kamienicy. Zestawienie tak tragicznej, funeralnej wręcz tematyki z euforyczną sekcją dętą to czysty dramaturgiczny geniusz.

Podobny mechanizm działa w utworze Dirty Paws. Pod płaszczykiem urokliwej, ludowej baśni kryje się opowieść o krwawej, surrealistycznej wojnie ptaków z pszczołami. Zespół świadomie uciekł w realizm magiczny, tworząc oniryczny folklor, w którym anachronizmy i wyobrażone potwory pozwalały zapomnieć o trudnej rzeczywistości.

Sukces, który wyprzedził samą Björk

Z perspektywy branży muzycznej debiut My Head Is an Animal okazał się anomalią na absolutnie niewyobrażalną skalę. Na wymagającym amerykańskim rynku płyta zadebiutowała na szóstym miejscu zestawienia Billboard 200. Sprzedano 55 000 egzemplarzy w premierowym tygodniu, co pozwoliło grupie pobić rekord najwyższego debiutu w historii islandzkiej muzyki – zostawiając w tyle kultową Voltę samej Björk.

Droga na szczyt wymagała jednak cierpliwości. Singiel Little Talks potrzebował aż 30 tygodni, by dotrzeć do pierwszej czterdziestki zestawienia Billboard Hot 100, ustanawiając tym samym rekord najdłuższej wspinaczki do tej części listy. Do połowy 2015 roku album znalazł w Stanach Zjednoczonych ponad 1,1 miliona nabywców, a sam główny singiel pokrył się tam siedmiokrotną platyną.

Dla islandzkiej gospodarki ten sukces miał też bardzo wymierny skutek. Gdy utwór Dirty Paws trafił na ścieżkę dźwiękową filmu Sekretne życie Waltera Mitty (2013), turystyka na wyspie wręcz eksplodowała. Tysiące ludzi z całego świata zapragnęło osobiście zobaczyć surowe, monumentalne krajobrazy, które odnaleźli w tych dźwiękach.

Rozstanie z komercją i walka o własną tożsamość

Era "stomp-clap-hey" z upływem czasu zaczęła budzić niechęć muzycznej elity. Alternatywne media, na czele z portalem Pitchfork, oskarżały cały nurt o tworzenie pustych, skrojonych pod korporacyjne reklamy produktów. I choć kilka amerykańskich kapel z tamtego okresu faktycznie zapętliło się w udawanej autentyczności, Of Monsters and Men nigdy nie stracili swojego nordyckiego rdzenia. Lęk przed samotnością i melancholia były w ich twórczości prawdziwe.

Prawdziwym manifestem artystycznej niezależności okazała się edycja jubileuszowa albumu wydana w 2021 roku (10th Anniversary Edition). Zespół podjął radykalną decyzję i całkowicie zrezygnował z wersji narzuconej dekadę wcześniej przez amerykańską wytwórnię Universal Republic. Wyrzucili z tracklisty skrajnie komercyjny przebój Mountain Sound i wrócili do pierwotnej, islandzkiej wizji z 2011 roku.

Przywrócono surowy utwór Numb Bears, wyciszoną balladę Sinking Man oraz odnalezione w archiwach kompozycje Phantom i Sugar in a Bowl. Zrzucenie radiowego gorsetu pokazało grupę młodych ludzi, którzy przede wszystkim chcieli grać kameralny, intymny folk.

Space-rock i historyczny powrót nad Wisłę

Rozwój formacji po debiucie to klasyczny przykład, jak uciec przed pułapką jednego, gigantycznego przeboju. Zwieńczeniem tej ewolucji jest najnowszy, wydany w październiku 2025 roku album All Is Love and Pain in the Mouse Parade. To zwrot w zupełnie niespodziewanym kierunku – zespół odszedł od akustycznego power-popu, zanurzając się w przestrzennym dream popie i space-rocku. Rozbudowany, ośmiominutowy Fruit Bat udowadnia, że muzycy wciąż potrafią zaskakiwać.

Ten zupełnie nowy materiał wybrzmi w Polsce w 2026 roku. W ramach międzynarodowej trasy "The Mouse Parade Tour", Of Monsters and Men po raz pierwszy zagrają u nas biletowany koncert klubowy – w warszawskim klubie Stodoła. Dotychczas gościliśmy ich głównie na festiwalach (jak fenomenalny Open'er Festival 2013), a jedyny klubowy występ z 2020 roku musiał zostać odwołany ze względu na pandemię.

Relacje ze światowych scen napawają ogromnym optymizmem, ale też uświadamiają jedno: zapomnijcie o wiernym odtwarzaniu dawnych przebojów. Grupa dojrzała muzycznie i zmieniła podejście do własnego dorobku. Kultowe kawałki, z Dirty Paws na czele, zostały spowolnione, obniżone o oktawę i przearanżowane na gęste, monumentalne ballady. To doskonały dowód na to, że zespół zdołał przetrwać sztorm komercji i przeobrazić swoje naiwne, młodzieńcze bajki w poruszającą opowieść, której naprawdę warto dziś posłuchać na żywo.