Od kilkunastu lat śledzę islandzką scenę muzyczną i niewiele zjawisk fascynuje mnie tak bardzo, jak metamorfoza zespołu Of Monsters and Men. Na płytach to dziś precyzyjna, miejscami chłodna i bardzo introwertyczna układanka. Na scenie z kolei formacja uwalnia żywioł, który potrafi dosłownie zmieść z nóg. Zderzenie studyjnego rygoru z nieprzewidywalną, koncertową energią to zjawisko, które trzeba poczuć na własnej skórze. Zanim jednak zagrają czerwcowy koncert w Warszawie, warto prześledzić, skąd wzięła się ta niezwykła dychotomia.

Ewolucja w studiu: od sali prób po cyfrową izolację

Droga, jaką Islandczycy przeszli w studiu nagraniowym, doskonale tłumaczy ich obecne brzmienie. Ich debiutancki album My Head Is An Animal z 2011 roku był owocem wielogodzinnych, wyczerpujących sesji w skromnej reykjavíckiej sali prób. Pięcioro muzyków, gitary akustyczne i pełna demokracja twórcza. Zanim jakikolwiek utwór trafił na płytę, musiał najpierw obronić się na żywo – to publiczność była ich jedynym drogowskazem i recenzentem. Tak właśnie wykuwał się charakterystyczny, surowy i niemal stadionowy folk grupy.

Zupełnie inna rzeczywistość nastała przy tworzeniu płyty Beneath the Skin (2015). Głośne kontrakty z Universal Music Group i Sony przeniosły zespół do sterylnych, profesjonalnych studiów w Los Angeles oraz na Islandii. Praca pod okiem legendarnego koproducenta Richa Costeya przyniosła monumentalne brzmienie, poszerzone o dęte aranżacje (m.in. waltornia Lisy McCormick) czy sekcję smyczkową (skrzypce Charliego Bisharata). Dla samych muzyków ten proces, nagle pozbawiony weryfikacji ze strony fanów, bywał jednak trudny i frustrujący.

Przy Fever Dream (2019) nastąpiło całkowite przetasowanie ról. Nanna zrezygnowała z gitary na rzecz laptopa i miniaturowego syntezatora OP-1. Zespół zrezygnował ze wspólnego tworzenia w jednym pomieszczeniu, wymieniając się jedynie cyfrowymi śladami w trakcie procesu pisania. W efekcie otrzymaliśmy rewelacyjną, popową produkcję, która początkowo wzbudziła lęk części fanów o utratę organicznego ducha.

Najnowsze wydawnictwo, All Is Love and Pain in the Mouse Parade (2025), stanowi najbardziej dojrzałą syntezę ich poszukiwań. Zespół nagrywał ten album we własnym tempie przez sześć lat, zaszywając się w prywatnym studiu, które dawniej pełniło rolę ich sali prób. Płyta płynnie łączy wczesny, orkiestrowy rozmach z gęstą elektroniką. Tytułowa "parada myszy" okazała się hołdem dla rzeczywistej kolonii gryzoni bytującej pod podłogą ich studia. To niezwykle intymny materiał, przeplatany nagraniami terenowymi, cichym skrzypieniem desek i pulsem przypominającym bicie serca.

Sekcja dekonstrukcji: zrywanie ze studyjnym pancerzem

To fascynujące, z jaką odwagą OMAM interpretuje dziś własny materiał na koncertach. Muzycy zrzucają z piosenek studyjną powłokę. Kiedy słuchasz "Alligatora" z płyty Fever Dream na słuchawkach, dostajesz wygładzony, nowoczesny pop-rock. Gdy ten sam numer rozbrzmiewa na żywo, Nanna uwalnia drapieżny, chaotyczny wokal przebijający się przez ścianę surowego, garażowego rocka.

Podobny los spotyka inne kompozycje:

  • "Little Talks" – radosny i beztroski przebój ukrywający melancholijny tekst na scenie przeradza się w euforyczny hymn dla tysięcy gardeł. Z kolei na minialbumie koncertowym Live from Vatnagarðar (wydawnictwo o długości zaledwie nieco ponad 29 minut z 2013 roku) znajdziecie zupełnie inną, mroczną, skrajnie spowolnioną wersję sombre.
  • "Tuna in a Can" – płyta oferuje nam minimalistyczną balladę z subtelnym pianinem. Scena serwuje ostre przestery gitar i uderzenia w potężną perkusję, dając nam rasowe rockowe przeżycie.
  • "Mountain Sound" – nabiera zupełnie nowej, marszowej dynamiki za sprawą agresywnych uderzeń werbla w stylu muzyki lat 60.
  • "Styrofoam Cathedral" – pozornie zamknięta forma oparta na lękowych, syntetycznych klawiszach rozwija się powoli w przestrzenne, iście orkiestrowe doświadczenie.

PRO TIP: Miłośnikom archiwalnych ciekawostek polecam odszukać kompilację Made In Iceland IV z 2011 roku. Umieszczone tam wczesne demo "Little Talks" ma zupełnie inny, znacznie ostrzejszy tekst w refrenie. Takie znaleziska doskonale uświadamiają, ile nieoszlifowanych emocji znika podczas radiowego masteringu.

Fenomen sesji KEXP

Wiernym łącznikiem między rygorem nagrań a surowością koncertów od zawsze pozostają dla zespołu legendarne występy w radiu KEXP. Sesja z 2010 roku, zrealizowana w ciasnym pokoju gościnnym rozgłośni, była przecież bezpośrednim katalizatorem ich światowego sukcesu. Jakość brzmieniowa KEXP to w głównej mierze zasługa inżyniera dźwięku Kevina Suggsa. Jego metoda jest prosta, a zarazem genialna: muzycy stoją w ścisłym kręgu bez żadnych ekranów akustycznych, twarzą w twarz, zupełnie jak na próbie. Taka naturalna przestrzeń, wsparta faktem, że zespół może samodzielnie zgrać ślady po występie, gwarantuje nam rewelacyjne znoszenie się fal i brak niepożądanych przesłuchów z mikrofonów.

Czysta chemia i siła publiczności

Na koncertach silnikiem napędowym jest niezwykła interakcja między wokalistami. Nanna i Ragnar to klasyczne yin i yang – głosy, które w ułamku sekundy przechodzą od czułego dialogu do potężnego krzyku. Co więcej, OMAM jak mało kto rezonuje z geografią koncertu. Wyciszony występ artystyczny w skupionym tłumie w Nashville stoi w kompletnym kontraście do manifestacji czystej energii, jakiej zazwyczaj dostarczają słuchacze w Londynie czy australijskim Melbourne.

Istotną częścią tego pejzażu są również świetnie dobrani artyści wspierający. Podczas tras w Europie czy USA publiczność wprowadza młoda, islandzka songwriterka z Ísafjörður – Arny Margret. Wyposażona wyłącznie w głos, gitarę i minimalistyczne światło, śpiewa melancholijne utwory, takie jak "Crooked Teeth" czy cover "In Tall Buildings". To moment niesamowitego, wspólnego skupienia, który zostaje następnie przełamany falą energii od gwiazdy wieczoru. (Arny zresztą chętnie wraca potem na scenę pod koniec koncertu). Na Antypodach równie pięknie tę funkcję pełniła Gordi, stawiająca raczej na chłodniejszą elektronikę połączoną z intymnym wokalem ch chociażby w piosence "Volcanic".

Mitologia surowej Północy a proza życia

Analizując islandzkie zespoły, niezwykle trudno uciec od „islandzkiego imaginarium”. Ich wczesne płyty wręcz tonęły w odniesieniach do wulkanów, mitycznych potworów i lodowcowych krajobrazów. Jednak All Is Love and Pain in the Mouse Parade przynosi pod tym względem bardzo zdecydowaną zmianę kursu w stronę realizmu.

Kompozycje pokroju "Television Love" czy "The Block" rezygnują z mitologii. Mamy tu spotkanie na światłach z kimś z przeszłości czy przyziemne uczucia osadzone na sklepowych parkingach. To literackie zejście na ziemię rzutuje na występy na żywo. Utwory te nie mają wybuchać fajerwerkami, lecz powoli osaczać gęstym napięciem. Zapewnia to zupełnie nowy rodzaj katharsis w dusznych, ciemnych salach koncertowych.

The Mouse Parade Tour 2026: Intymność w Klubie Stodoła

Te wszystkie najnowsze zmiany brzmieniowe narzuciły nowy sposób bookowania koncertów, w tym także powrót Islandczyków do Polski po sześciu latach absencji. Wybór przestrzeni to mocny sygnał dla fanów – 18 czerwca 2026 roku Of Monsters and Men wystąpią w warszawskim Klubie Stodoła z ramienia Live Nation.

Latem 2026 roku nie brakuje potężnych imprez plenerowych, by wspomnieć tylko lipcowy gdyński Open'er Festival (gdzie zawitają Nick Cave i The Cure) czy norweski Bergenfest. Jednak otwarty teren zabiłby niuanse najnowszej płyty OMAM. Zamknięta, doskonale akustyczna Duża Scena w Stodole to jedyne miejsce, by należycie docenić szeptane partie nowego albumu oraz potężne perkusyjne natarcia w numerze "Ordinary Creature".

💰 KOSZT I BILETY:

  • Miejsca stojące: od 219 PLN
  • Miejsca siedzące: od 249 PLN

Proces sprzedaży rozpocznie się 10 grudnia 2025 roku przedsprzedażą Ticketmaster. Od 11 grudnia dołączą posiadacze kart Citi Handlowy, a 12 grudnia otwarta zostanie sprzedaż ogólna. Pamiętajcie, że klubowy format mocno kurczy pulę dostępnych miejsc w porównaniu do koncertów festiwalowych.

Dojrzałość zespołu Of Monsters and Men polega na bezkompromisowym dekonstruowaniu dawnych sukcesów i poszukiwaniu nowych wrażeń na styku surowości a precyzji. Ich sceniczna obecność w 2026 roku to nie tylko sentymentalny powrót, ale dowód na to, że prawdziwa muzyka musi być żywym, rezonującym organizmem, a nie tylko zbiorem odtwarzanych z pamięci dźwięków. Widzimy się przed barierkami!