Północny wiatr urywa głowę, a z nieba sypie poziomy śnieg. W takich warunkach większość z nas zaszyłaby się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. Islandczycy natomiast wsiadają do samochodów, jadą do lokalnej lodziarni i spędzają wieczór, jedząc lody w zaparkowanym aucie. Przez lata pracy przy tekstach o Islandii i licznych wyjazdach na wyspę, na każdym kroku obserwowałam ten fascynujący fenomen. To, co w pierwszej chwili wydaje się nieracjonalne, jest w rzeczywistości fundamentem tamtejszego życia społecznego. Na wyspie samochód dawno przestał być zwykłym środkiem transportu. Pełni funkcję przedłużenia domu, bezpiecznej twierdzy i... mobilnego salonu.

Od konia do zmotoryzowanej twierdzy

Skok technologiczny, jakiego doświadczyło to państwo, był wprost niewyobrażalny. Jeszcze na początku XX wieku podstawą komunikacji na wyspie były konie oraz statki, powoli kursujące wzdłuż surowego wybrzeża. Zmiana nadeszła niezwykle gwałtownie. Sprowadzenie pierwszego samochodu w 1904 roku zapoczątkowało proces, który ukształtował nową mentalność mieszkańców.

Prawdziwa rewolucja to jednak czasy II wojny światowej. Amerykanie i Brytyjczycy zostawili po sobie nie tylko bazy wojskowe, ale też potężne Jeepy. Napęd na cztery koła okazał się perfekcyjną odpowiedzią na wulkaniczny teren i grząskie pustkowia.

Warto spojrzeć na dynamikę tych zmian z perspektywy czasu:

  • 1894 – Powstaje Administracja Drogowa (IRCA), choć początkowo jej zadaniem jest wytyczanie szlaków dla powozów konnych.
  • 1904 – Na horyzoncie pojawia się pierwszy automobil.
  • Lata 40. XX w. – Wojska alianckie zaszczepiają w lokalsach miłość do motoryzacji i technologii 4x4.
  • 1974 – Następuje domknięcie słynnej drogi nr 1 (Hringvegur), która wreszcie spina wyspę w całość, dając poczucie swobody przemieszczania się.

Dziedzictwo militarne widać na islandzkich drogach do dziś. Przepotężne, modyfikowane maszyny na ogromnych oponach wpisały się w krajobraz równie mocno, co gejzery. Firmy motoryzacyjne takie jak Arctic Trucks wyewoluowały właśnie z tej wyspiarskiej potrzeby przetrwania w głębokim śniegu i na lodowcach.

Rúntur, czyli sztuka krążenia w kółko

Życie w rybackiej wiosce, liczącej zaledwie 500 mieszkańców, ma specyficzny rytm. Zimowe miesiące oznaczają ciemność i przeszywające zimno, a lokalna oferta rozrywkowa jest zazwyczaj skromna. Młodzież z miejscowości takich jak Reyðarfjörður czy Selfoss wypracowała własny, unikalny mechanizm radzenia sobie z odizolowaniem. Nastolatkowie wsiadają do aut i powoli krążą uliczkami po ścisłym centrum.

To powtarzalne pokonywanie tej samej, czasem bardzo krótkiej pętli, nosi nazwę rúntur. W dawnych czasach podobne trasy pokonywano po prostu spacerując, by wpaść na znajomych i zamienić z nimi słowo. Dziś tradycja przetrwała, ale w pełni przeniosła się do ogrzewanych, blaszanych wnętrz. Choć z zewnątrz wygląda to na bezcelowe palenie paliwa, w istocie jest to bardzo intensywny rytuał społeczny. Polega on na powolnej jeździe, rzucaniu spojrzeń, mruganiu światłami, opuszczaniu szyb i wymienianiu pozdrowień z rówieśnikami z sąsiedniego pasa. Samochód gwarantuje absolutny komfort termiczny, a jednocześnie pozwala "być widocznym" w grupie.

W zurbanizowanym Reykjavíku ten sam zwyczaj przybrał z czasem formę nocnego, zmotoryzowanego bar crawlu. Młodzi ludzie krążą wokół reprezentacyjnej ulicy Laugavegur, prezentują swoje pojazdy, flirtują z ich wnętrza, a docelową zabawę w klubach zaczynają często grubo po północy, kiedy auta nareszcie trafiają na parkingi.

Lody w środku śnieżycy

Równie mocno zakorzenionym w islandzkim DNA nawykiem jest ísbíltúr. Pod tym pojęciem, łączącym islandzkie słowa bíltúr (przejażdżka samochodem) i ís (lody), kryje się cała esencja wyspiarskiej kultury drive-in. Islandczycy zjadają obłędne ilości lodów przez okrągły rok, zupełnie ignorując minusowe temperatury.

Mój pierwszy zimowy wyjazd na wyspę przyniósł mi w tej kwestii spore zaskoczenie. Kiedy islandzcy przyjaciele zarządzili wieczorne wyjście na lody w styczniu, spodziewałam się szybkiego odmrożenia palców. Wtedy zrozumiałam, że tego deseru nie spożywa się na mrozie. Cała magia opiera się na wycieczce do okienka, zakupie wybranego smaku i pałaszowaniu go w rozgrzanym do dwudziestu kilku stopni, bezpiecznie zaparkowanym aucie. Kiedyś, w czasach, gdy w czwartki lokalna telewizja nie nadawała programu, ísbíltúr stanowił jedyną wieczorną rozrywkę dla całych dzielnic.

Próbując swoich sił w tym rytuale, szybko zorientujecie się, że lodowy rynek jest tam wyraźnie podzielony:

  • Gamli ísinn (Stary styl) – wodniste, produkowane na bazie mleka lody, które niezwykle wolno się topią. Uchodzą za tradycyjnego klasyka, serwowanego m.in. w kultowej lodziarni Ísbúð Vesturbæjar.
  • Nýi ísinn (Nowy styl) – lody nowoczesne, puszyste i bogate w tłuszcz, fakturą przypominające amerykański soft-serve. Często miesza się je z dużą ilością posypek, ciastek i lukrecji.

Lúga, Pylsur i życie parkingowe

Naturalna niechęć do wychodzenia z auta podczas sztormu zrodziła fenomen zwany lúga. To słynne islandzkie okienko dla kierowców bywa jedynym rozsądnym rozwiązaniem przy kapryśnej aurze. Doskonale odnajdują się w tym lokalne biznesy gastronomiczne. Gdy w 2008 roku z Islandii wycofał się McDonald's – co było pokłosiem krachu finansowego i nagłych problemów z importem półproduktów – pustkę po gigancie błyskawicznie wypełniły wyspiarskie odpowiedniki. Przykładem jest sieć Aktu Taktu (w wolnym tłumaczeniu "jedź i bierz"), oferująca zmotoryzowanym świetne burgery bazujące w pełni na krajowych składnikach.

Omawiając konsumpcję za kierownicą, nie można pominąć dumy Islandczyków – hot dogów (pylsur). To absolutnie nie jest zwykły fast food. Fenomenalny smak zawdzięczają dodatkowi wolnowybiegowej islandzkiej jagnięciny z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Przed skromną, otwartą w 1937 roku budką Bæjarins Beztu Pylsur w porcie w Reykjavíku, w kolejce chętnie stoją zarówno miejscowi pracownicy portowi, jak i prezydenci, i światowej sławy muzycy. Złożenie odpowiedniego zamówienia wymaga znajomości jednego hasła: "ein með öllu" (jeden ze wszystkim). Wtedy otrzymacie parówkę szczodrze okraszoną keczupem, słodką musztardą, remouladą oraz dwiema formami cebuli: surową i chrupiącą.

Odebrawszy zamówienie, miejscowi niemal natychmiast przenoszą się na planið – parking. Przestrzenie przed drobnymi osiedlowymi sklepikami (sjoppa) to serce lokalnego życia. Właśnie tam krzyżują się ścieżki nastolatków uprawiających rúntur z trasami zmęczonych kierowców pokonujących Ring Road. Asfaltowy plac staje się prawdziwą islandzką agorą.

Ekologia i nowe technologie

Współczesna Islandia to kraj potężnych i fascynujących kontrastów. Wyspa niemal w 100% zasilana jest energią z odnawialnych źródeł, wykorzystując na szeroką skalę zasoby geotermalne i hydroenergetykę. Z drugiej strony, zamiłowanie do dużej, spalinowej floty aut wiąże się ze znaczną emisją dwutlenku węgla na mieszkańca.

Władze stolicy aktywnie starają się zmieniać te proporcje, lansując projekt Græna planið (Zielony Plan). Strategia zakłada oddawanie coraz większych przestrzeni centrum pieszym oraz rowerzystom. Ograniczenie ruchu pojazdów wywołuje jednak burzliwe dyskusje. Dla wielu starszych mieszkańców, głęboko przywiązanych do możliwości zaparkowania prosto pod drzwiami księgarni na Laugavegur, to bardzo drastyczna zmiana ich tradycyjnego sposobu życia.

Transformacja napędów jest mimo wszystko faktem, a samochody elektryczne zdobyły islandzkie ulice błyskawicznie. Mając na uwadze pragmatyzm mieszkańców Północy, ich zwyczaje po prostu dopasują się do nowej technologii. Wkrótce młodzi ludzie będą krążyć po swoich miasteczkach bezszelestnymi, bezemisyjnymi autami na baterie, wciąż kultywując potrzebę wspólnego przebywania w ciepłej przestrzeni i spoglądania na siebie przez boczne szyby.

Jak doświadczyć tego na własnej skórze?

Planując wyjazd na Północ, pozwólcie sobie na spojrzenie na wyspę z perspektywy lokalnego kierowcy. Samochód na Islandii to oczywiście narzędzie, by zobaczyć imponujące pola lawy, kratery czy czarne plaże, ale to także klucz do zrozumienia tamtejszej socjologii.

Najbardziej autentyczne, co możecie zrobić, to wypożyczyć auto, pojechać pod koniec dnia do jednej z kultowych lodziarni – na przykład historycznej Brynii w Akureyri, działającej od 1939 roku. Zamówcie porcję klasycznych lodów, ustawcie samochód na parkingu przodem do fiordu lub wzburzonego oceanu, podkręćcie ogrzewanie i włączcie lokalną stację radiową. Gwarantuję, że szybko pojmiecie tę filozofię. Czasem nie o cel podróży chodzi, ale o świadomość, że we wnętrzu chłodnej, wietrznej nocy macie swój własny, ciepły i bezpieczny azyl.