Wielokrotnie, oprowadzając znajomych po Reykjavíku, zatrzymuję się z nimi przed Hallgrímskirkja i po prostu obserwuję ich reakcję. Zamiast strzelistej, europejskiej katedry, wyrasta przed nimi masywna, surowa bryła przypominająca zamarznięty wodospad. To zderzenie z islandzką architekturą bywa na początku trudne, ale gdy zrozumie się jej korzenie, fascynuje bez reszty. Przez lata pracy jako redaktorka i ciągłego zgłębiania tajemnic tej wyspy uświadomiłam sobie jedno: tutejszy „mineralny modernizm” to nie jest kolejny kaprys projektantów. To piękna, zaklęta w betonie opowieść o przetrwaniu, wulkanicznej ziemi i determinacji narodu, który wywalczył swoją tożsamość.

Z darniowych schronień do epoki betonu

Zrozumienie islandzkich kościołów wymaga cofnięcia się do czasów, gdy na wyspie permanentnie brakowało podstawowego surowca – drewna. Pierwsi osadnicy ratowali się tym, co wyrzucił ocean (czasem pnie dryfowały tu aż z Syberii), ale przede wszystkim musieli naśladować naturę. Tak powstawały torfbæir, czyli darniowe domostwa i kościółki, które dosłownie wrastały w ziemię. Zapewniały niezbędne ciepło, jednak przypominały bardziej ciasne, mroczne nory niż miejsca wielkiego kultu.

Nawet gdy w XIX wieku na wyspę trafiła importowana z Anglii, ukochana do dziś przez Islandczyków blacha falista (bárujárn), wciąż brakowało materiału godnego budowania trwałych pomników. Przełom nastąpił na początku XX wieku wraz ze Steinsteypuöldin – epoką betonu. Ten surowiec odmienił na wyspie absolutnie wszystko. Był odporny na ogień, ignorował zacinające deszcze i dumnie opierał się huraganowym wiatrom, a jego niesamowita plastyczność otwierała przed twórcami nowe drzwi.

Żeby pokazać Wam, jak drastyczna była to zmiana, zebrałam te okresy w krótkie zestawienie:

Epoka budowlana Wykorzystywany materiał Efekt architektoniczny Relacja z islandzkim krajobrazem
Era Osadnictwa (IX-XVIII w.) Darń, kamień, drewno dryftowe Mikroskopijne wnętrza, ściany grube nawet na 2 metry. Niemal niewidoczne; organicznie wtapiały się w ziemię.
Era Przejściowa (1750-1880) Kamień ciosany, importowane drewno Próby naśladowania europejskiego klasycyzmu. Ostry kontrast; symbolizowały architektoniczną władzę Danii.
Era Blachy Falistej (1880-1920) Drewno ubrane w blachę falistą Lekkie, barwne konstrukcje (styl szwajcarski). Stworzyły charakterystyczną miejską mozaikę portową.
Wiek Cementu (od 1920) Surowy beton, żelbet, szkło Śmiałe, ekspresyjne i brutalistyczne formy rzeźbiarskie. Budynki wyglądały jak abstrakcyjne formacje skalne.

Beton przestał być jedynie materiałem konstrukcyjnym; stał się dla Islandczyków fundamentem fizycznej i kulturowej niezależności.

Wulkan przeniesiony do centrum miasta

Kiedy w 1944 roku Islandia ostatecznie uniezależniła się od Danii, pilnie potrzebowała własnych, narodowych symboli. Misję ich stworzenia powierzono Guðjónowi Samúelssonowi, pierwszemu islandzkiemu architektowi z pełnym, akademickim wykształceniem. Samúelsson czuł ducha tej wyspy i miał absolutną obsesję na punkcie lokalnej geologii. Uważał, że architektura na Islandii musi stanowić naturalne przedłużenie surowego krajobrazu.

Ikoniczna Hallgrímskirkja jest najdoskonalszym dowodem tej koncepcji. Jej projekt to hołd dla bazaltowych, sześciokątnych kolumn pękającej lawy, jakie możemy podziwiać przy południowym wodospadzie Svartifoss. Samúelsson przeniósł te naturalne proporcje w skalę makro, odlał z surowego betonu i uformował w kaskadową fasadę pnącą się w stronę nieba. Zrezygnował z gładkich tynków – celowo pozostawił chropowatą fakturę materiału, by potęgowała wrażenie ciosanej skały.

Bardzo podobny manewr zastosował na północy kraju. W Akureyrarkirkja bazaltowe motywy połączył z monumentalnymi schodami, nadając świątyni charakter surowego akropolu dominującego nad regionem.

Odwgryzanie się naturze – szalone lata 60. i 90.

Odejście Samúelssona w 1950 roku nie zatrzymało tych fascynujących eksperymentów. Wręcz przeciwnie, otworzyło drogę nowemu pokoleniu twórców, w tym Högni Sigurðardóttir, pierwszej kobiecie-architekt na wyspie. Jej podejście, nazywane „ciężkim modernizmem”, drastycznie różniło się od wznoszenia strzelistych wież. Sigurðardóttir stawiała na obiekty, które wręcz wgryzały się w wulkaniczną ziemię, oferując bezpieczne, niemal jaskiniowe schronienie przed nieobliczalnym klimatem.

Z biegiem lat formy przybierały coraz bardziej organiczny, a miejscami wręcz abstrakcyjny charakter. Wystarczy przyjrzeć się Kópavogskirkja (projekt Hörðura Bjarnasona i Ragnara Emilssona z 1962 roku). Zamiast typowej nawy kościelnej, postawiono na dwa przenikające się pod kątem prostym potężne żelbetowe łuki. Ta konstrukcja sama w sobie stanowi potężny, trójwymiarowy znak krzyża, doskonale widoczny z odległych zakątków miasta.

W urokliwym, rybackim Stykkishólmur stoi z kolei świątynia zaprojektowana przez Jóna Haraldssona w 1990 roku (Stykkishólmskirkja). Jej niezwykle lekka, eteryczna, biała bryła od razu przywodzi na myśl grzbiety morskich fal albo wyblakłe żebra wieloryba.

Jednak najbardziej bezkompromisowym krokiem w stronę geologicznych korzeni jest Blönduóskirkja z 1993 roku. Architekt Maggi Jónsson zupełnie odciął się od klasycznej bieli. Użył czarnych paneli metalowych i stworzył skrajnie asymetryczną formę. Z zewnątrz obiekt wygląda uderzająco podobnie do krateru wulkanicznego tuż po wybuchu, natomiast wewnątrz zaskakuje odwiedzających niebywałym ciepłem i mistycznym wręcz spokojem.

Światło i dźwięk – oswajanie ciemności

Surowy klimat polarny wymusza specyficzne podejście do jeszcze jednego, darmowego materiału: światła. Kiedy zimą słońce pojawia się zaledwie na kilka godzin i leniwie pełznie nisko nad horyzontem, każdy promień jest na wagę złota.

Większość islandzkich modernistycznych kościołów posiada śnieżnobiałe wnętrza, wykończone jasnym gipsem. Ich celem jest chwytanie i maksymalne rozpraszanie tego bladego, nordyckiego światła. Daje to przestrzeni niesamowitą wizualną lekkość, która w surowej teologii luterańskiej ma sprzyjać skupieniu na Słowie, a nie na przepychu zdobień.

Równie ważna jak operowanie światłem, jest walka z trudną akustyką betonowych wnętrz. Wyposażenie islandzkich świątyń to inżynieryjne majstersztyki. Monumentalne organy piszczałkowe w Reykjavíku, zbudowane przez niemiecką manufakturę Johannes Klais, ważą 25 ton, mają 15 metrów wysokości i składają się z ponad 5000 piszczałek. Nie wstawiono ich tam po prostu jako instrumentu – zaprojektowano je tak, by ich pionowe linie dokładnie powtarzały zewnętrzny, bazaltowy motyw budowli.

Często przypominam miłośnikom architektury, by nie próbowali zestawiać tych islandzkich obiektów chociażby z fińskim modernizmem Alvara Aalto. Finowie budowali w oparciu o drewno, czerpiąc ciepło i inspirację z wszechobecnych lasów. Islandczycy byli zmuszeni oswoić beton i przekuć surową, martwą naturę lodu i skały w żywą, duchową przestrzeń.

Świadkowie wulkanicznej historii

Proces transformacji islandzkiej architektury sakralnej to znacznie więcej niż wymiana nietrwałych materiałów na solidne bloki żelbetu. To pasjonujący dowód na to, jak społeczeństwo w ciągu ledwie dwóch pokoleń przeniosło się z podziemnych, darniowych chat wprost do monumentalnych katedr.

Te powściągliwe w formie bryły pełnią dziś na wyspie niezwykle ważne funkcje. Są bezcennymi punktami orientacyjnymi w bezkresnym krajobrazie, zapewniają schronienie przed nagłymi załamaniami aury i udowadniają, że beton nie musi być odpychający – wystarczy nadać mu formę podyktowaną przez lokalną naturę.

Gdy będziecie podróżować popularną „jedynką” dookoła Islandii, zachęcam Was do zjechania z utartego szlaku. Zostawcie na chwilę wodospady i gejzery. Zatrzymajcie się w Akureyri, spójrzcie na czarny krater w Blönduós. Zobaczcie na własne oczy architekturę, która zamiast brutalnie walczyć z potęgą żywiołów, z głębokim szacunkiem kłania się im w pas.