Szkoła Elfów w Reykjaviku – czego uczy się na kursie o folklorze?
Fascynacja Islandią ma wiele odcieni, ale dla mnie jednym z najciekawszych punktów na mapie wyspy od lat pozostaje niepozorny budynek przy ulicy Síðumúli 31 w Reykjaviku. To siedziba Álfaskólinn, czyli Islandzkiej Szkoły Elfów. Wielu przyjezdnych traktuje to miejsce wyłącznie jak turystyczną ciekawostkę, dopóki nie dowie się, że zgromadzona tam wiedza i archiwalia służą nierzadko inżynierom drogowym do... bezpiecznego planowania przebiegu nowych autostrad. Islandzkie dziedzictwo duchowe i zjawiska z pogranicza folkloru traktuje się tu z pełną, niemal akademicką powagą.
W gabinecie osobliwości Magnúsa
Wnętrze szkoły od samego progu zdradza jej niecodzienny charakter. Zamiast sterylnej auli wykładowej gości wita przestrzeń przypominająca salon ekscentrycznego kolekcjonera. Półki uginają się od książek, między którymi upchnięto ceramiczne figurki, stare maszyny do szycia i kartony po bananach. Magnús Skarphéðinsson, dyrektor placówki, podkreśla jednak, że ten pozorny chaos to w rzeczywistości wizualne odzwierciedlenie głębokiej islandzkiej filozofii – płynnego przenikania się sfery materialnej i świata duchowego w naszej codzienności.
Magnús to niezwykle oddany kustosz wyspiarskiej pamięci. Choć uczciwie przyznaje, że sam nigdy nie stanął oko w oko z przedstawicielem ukrytego świata, przez trzy dekady zgromadził bezcenne archiwum: relacje od ponad 900 Islandczyków i 500 obcokrajowców. Sama szkoła przyciąga rosnącą uwagę – dotychczas z jej oferty edukacyjnej skorzystało ponad 9 tysięcy osób. Piątkowe, pięciogodzinne sesje pod jego okiem to absolutnie wyjątkowa podróż w głąb lokalnej psychiki i tożsamości.
Kto jest kim w niewidzialnym świecie?
Jednym z najczęstszych błędów poznawczych, jakie popełniają osoby spoza nordyckiego kręgu kulturowego, jest wrzucanie wszystkich islandzkich istot do jednego, obszernego worka z napisem "elfy". Álfaskólinn uczy rygorystycznej systematyki, bez której właściwe zinterpretowanie dawnych podań jest w zasadzie niemożliwe.
💡 WAŻNE: Absolutną podstawą islandzkiego folkloru jest rozróżnienie między elfami (álfar) a Ukrytymi Ludźmi (Huldufólk).
Ukryci Ludzie wyglądają pod względem fizycznym w zasadzie tak samo jak my. Zazwyczaj opisywani są jedynie jako postaci nieco wyższe, smuklejsze i wyróżniające się ponadprzeciętną urodą. Ich nazwa bierze się z faktu, że pozostają niewidzialni dla ludzkiego oka, chyba że sami zechcą się nam ukazać. W islandzkich wierzeniach prowadzą bardzo poukładane, zorganizowane życie – hodują owce, pracują przy sianokosach, a w niedziele uczęszczają do własnych kościołów.
Z kolei elfy to istoty humanoidalne, ale w swojej naturze wyraźnie nieludzkie. Program szkoły wyodrębnia aż trzynastu reprezentantów tego gatunku. Zależnie od specyfiki, mogą mierzyć od zaledwie 8 centymetrów (jak zajmujące się florą Elfy Kwiatowe) do rozmiarów przypominających dorosłego człowieka. Co istotne – i co wyraźnie odróżnia je od komercyjnych wizerunków z popkultury – islandzkie elfy przywiązują dużą wagę do staroświeckiego, barwnego ubioru.
Dlaczego oni się przed nami chowają?
Poszukując źródeł tych zakorzenionych na wyspie wierzeń, kurs analizuje specyficzny splot pogaństwa i chrześcijaństwa. Przenikanie się tych dwóch światów najlepiej ilustruje powtarzany w szkole mit o nieumytych dzieciach Ewy.
Opowieść głosi, że pewnego dnia Bóg złożył niezapowiedzianą wizytę w domostwie Adama i Ewy. Kobieta, która akurat myła swoje liczne potomstwo, zdążyła oporządzić tylko część z nich. Zżerana przez narastający wstyd, postanowiła ukryć nieumyte maluchy przed wzrokiem Wszechmogącego. Bóg dostrzegł jednak ten podstęp i wypowiedział znamienne słowa: to, co zostało przed Nim ukryte, na zawsze pozostanie niewidzialne również dla ludzi.
Z pozoru brzmi to jak jedna z wielu ludowych baśni, jednak w szkole Magnúsa szybko dostrzegamy jej drugie dno. Mit ten w bardzo sprytny sposób humanizuje huldufólk. Nadaje im czysto ludzkie słabości oraz zrównuje ich potrzeby biologiczne i emocjonalne z naszymi. Właśnie dzięki takiemu postrzeganiu niewidzialnych sąsiadów, islandzkie historie pełne są relacji, w których istoty z zaświatów handlują z lokalnymi rolnikami, wdają się z nimi w spory terytorialne, a nawet proszą ludzkie akuszerki o pomoc przy trudnych porodach.
Autostrada kontra 70-tonowy kamień
Dla osoby z zewnątrz najbardziej fascynujący pozostaje fakt, jak płynnie ta wiedza splata się na Islandii z wielkim budownictwem i oficjalnym prawem. Władze państwowe i lokalne samorządy traktują nastroje społeczne dotyczące istot nadprzyrodzonych ze śmiertelną powagą. Dość powiedzieć, że Islandzka Administracja Drogowa i Wybrzeża (IRCA) posiada standardowe, ujęte w ramach instytucjonalnych procedury odpowiadania na zapytania zaniepokojonych obywateli w sprawie siedlisk elfów.
Gdy ekipy budowlane trafiają na zagadkowy, oporny teren, a praca obfituje w chroniczne, trudne do wyjaśnienia awarie sprzętu (co miało miejsce chociażby w latach 30.-80. XX wieku przy wzgórzu Álfhóll w Kópavogur), zapadają oficjalne decyzje o korekcie planów zagospodarowania. Prawdziwym echem odbiła się również batalia z lat 2013-2015 dotycząca pola lawy Gálgahraun. Budowana autostrada miała naruszyć 70-tonową skałę zwaną Ófeigskirkja, uznawaną za kościół elfów. Społeczny opór ze strony grupy Przyjaciele Lawy oraz sympatyków dziedzictwa naturalnego zatrzymał projekt. Po sprawach rozstrzyganych w Sądzie Najwyższym, potężny głaz przeniesiono ostatecznie w bezpieczne miejsce, gwarantując spokój tak zwanej "ukrytej straży".
Cień Bożonarodzeniowych Chłopców
Integralną częścią realizowanego w Álfaskólinn programu są również zajęcia poświęcone wyspiarskim tradycjom świątecznym, które drastycznie odbiegają od wizerunku globalnego, zwiastującego prezenty Mikołaja. Kursanci poznają tu 13 Chłopców Bożonarodzeniowych (Jólasveinar). Wykładowcy wyraźnie zaznaczają, że to w żadnym wypadku nie są urocze elfy, lecz niebezpieczne potomstwo górskich trolli – ogerzycy Grýli oraz jej męża Leppalúdiego.
Ich historie stanowią wspaniałe studium ewolucji dawnego strachu. Imiona trzynastu braci, którzy schodzą z gór po jednym na każdą z nocy poprzedzających Boże Narodzenie, precyzyjnie oddają ich obsesyjne przewinienia. W starych islandzkich domostwach Ketkrókur wykradał hakiem dojrzewające mięso, Kertasníkir zabierał zdezorientowanym dzieciom cenne świece produkowane z jadalnego łoju, a Pottaskefill poszukiwał w ciemnościach niedomytych garnków, by wyjadać resztki. W surowym klimacie, gdzie dotkliwy niedobór żywności i walka o przetrwanie stanowiły codzienność, folklor oswajał grozę niedostatku i kształtował ostrożność w najmłodszych.
Dyplom, chleb i wspólne historie
Doświadczenie nauki w Reykjaviku wieńczy nieformalna certyfikacja, która świetnie podsumowuje czas spędzony na wykładach. Jako uczestniczka otrzymałam ceniony w tych kręgach 70-stronicowy Podręcznik Szkoły Elfów, archiwizujący dziesiątki weryfikowanych historii o relacjach ze światem ukrytych ludzi, a także podpisany własnoręcznie przez dyrektora "Dyplom Badań nad Elfami".
Trzeba też wspomnieć o drobnym detalu, który buduje niezwykłą więź między słuchaczami. Tradycją szkoły są wspólne przerwy, podczas których podaje się islandzkie naleśniki z dżemem i śmietaną oraz aromatyczną herbatę z wypiekiem, nazywanym tu po prostu „najlepszym chlebem w kraju”. To przy tym skromnym poczęstunku uchodzi z ludzi racjonalne napięcie. Niejednokrotnie byłam świadkiem, jak dorośli, bardzo twardo stąpający po ziemi ludzie, pod wpływem domowego ciepła i poczucia bezpieczeństwa, zaczynali swobodnie dzielić się historiami o własnych, trudnych do wytłumaczenia zjawiskach z przeszłości.
Istnienie Islandzkiej Szkoły Elfów udowadnia, z jak wielką starannością wyspiarze pielęgnują swoje korzenie. Álfaskólinn nie narzuca nikomu konieczności wiary w ponadnaturalne istoty, ale uczy niesamowitej pokory wobec przyrody i siły opowieści. Dla islandzkiej populacji te legendy stanowiły niegdyś narzędzie przetrwania. Dziś, dzięki zaangażowaniu Magnúsa Skarphéðinssona, służą jako piękny, żywy dowód na to, że nawet w czasach cyfrowych map i nowoczesnych technologii, we współczesnym świecie wciąż można znaleźć odrobinę miejsca dla wielkiej tajemnicy.