Symbolika fasady – dlaczego kościół wygląda jak bazaltowe kolumny?
Wiatr na wzgórzu Skólavörðuholt potrafi przewrócić dorosłego człowieka. Ale kiedy stoisz tam, zadzierając głowę ku górze, przestajesz zwracać uwagę na zacinający deszcz. Hallgrímskirkja nie jest po prostu kolejnym kościołem, który odhacza się podczas spaceru po Reykjavíku. Jako osoba, która wraca na Islandię od lat, za każdym razem odnajduję w tej bryle coś nowego. To jedna z tych rzadkich budowli, w których zaciera się granica między dziełem człowieka a kaprysem natury.
Główny architekt Islandii, Guðjón Samúelsson, zagrał va banque. Zamiast bezpiecznie kopiować kontynentalne katedry, stworzył surowy, islandzki manifest. Zaprojektował gmach, który do dziś fascynuje inżynierów, teologów, a nawet statystyków.
Kamień, który narodził się z lawy
Zrozumienie tej architektury wymaga wyjechania poza granice stolicy. Wystarczy ruszyć na południe, by stanąć przed wodospadem Svartifoss w parku Vatnajökull albo poczuć słony spray oceanu na czarnej plaży Reynisfjara. Tam w pełnej krasie króluje stuðlaberg – zjawiskowe formacje heksagonalnych kolumn bazaltowych.
Powstają one w wyniku brutalnego starcia żywiołów. Gdy gruba warstwa lawy stygnie, skała gwałtownie się kurczy. Ogromne naprężenia rozładowywane są poprzez pęknięcia, które tworzą niemal idealnie regularne, sześciokątne filary. Samúelsson postanowił przenieść ten geologiczny fenomen prosto do serca miasta. Wlał płynny, zbrojony beton (z dodatkiem kruszywa z białego granitu) w sztywne szalunki. To niezwykle poetycka inżynieria – człowiek w procesie budowlanym odtworzył mechanizm, w którym płynna magma zastyga w twardą, ułożoną kaskadowo skałę.
Ucieczka przed kulturowym kolonializmem
Początek XX wieku był dla Islandczyków czasem gorączkowego poszukiwania własnego głosu. Kraj powoli uwalniał się spod duńskiej zwierzchności, zmagając się z trudną historią i ubóstwem, ale jednocześnie z wielką nadzieją patrząc w stronę pełnej niepodległości (którą ostatecznie uzyskał w 1944 roku). Nowe elity potrzebowały symboli. Wierzyły wręcz, że wkład Islandii w kulturę Północy – poprzez starożytne sagi i powołany w 930 roku parlament – jest równie doniosły, co dziedzictwo antycznej Grecji dla południa Europy.
Samúelsson otrzymał zadanie zdefiniowania na nowo "islandzkiego stylu narodowego". Skrzyżował ze sobą trzy pozornie odległe światy: surowe emocje ekspresjonizmu, brutalny minimalizm skandynawskiego funkcjonalizmu oraz chrześcijański wertykalizm neogotyku. Odrzucił obce, narzucane latami naleciałości estetyczne, stawiając budowlę o wieży sięgającej 74,5 metra, która swoją chłodną geometrią udowadnia przynależność Islandii do nowoczesnego świata.
Bóg, mróz i puste ściany
Ten budynek żyje głębokimi kontrastami. Na zewnątrz panuje bezwzględny świat – smagana żywiołami fasada przyjmuje na siebie uderzenia wiatru i lodu. Wystarczy jednak pociągnąć za ciężkie wejściowe drzwi, by znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Wnętrze uderza jasnością, lodową wręcz czystością i absolutnym spokojem.
Brak barokowego przepychu i rzeźbień to nie przypadek, lecz perfekcyjne oddanie luterańskiej idei Sola Scriptura. Przestrzeń jest pusta celowo, by wierny mógł wypełnić ją własną myślą i wiarą. Nazwa świątyni zresztą bezpośrednio hołduje pastorowi Hallgrímurowi Péturssonowi, XVII-wiecznemu twórcy fundamentalnych dla wyspiarzy "Hymnów Pasyjnych".
Wszystko stanowi tu jedną, spójną opowieść. Gdy w 1992 roku oddano do użytku potężne organy niemieckiego mistrza Klaisa – ważące 25 ton, liczące 15 metrów wysokości i zbudowane z 5275 rygorystycznie nastrojonych piszczałek – zyskały one formę, która bezwstydnie naśladuje bazaltowe pilastry z zewnątrz kościoła.
Kościół Rozkładu Normalnego i ukryte elfy
Choć internetowi matematycy chętnie nazywają budowlę "Kościołem Rozkładu Normalnego" (ze względu na kształt przypominający krzywą Gaussa), statystyczni puryści szybko wyprowadzają ich z błędu. Boki fasady Hallgrímskirkja zbyt długo trzymają wysokość. Posiadają tzw. "grube ogony" (fat tails), przez co wykres zbliża się raczej do rozkładu t-Studenta. I bardzo dobrze – natura rzadko układa się w idealne, sterylne wzory z podręcznika, a Samúelssonowi zależało na odwzorowaniu organicznej, geologicznej prawdy.
Architekt zresztą z pasją bawił się nie tylko proporcjami, ale i islandzką podświadomością. Oprócz świątyni, zaprojektował w stolicy także Teatr Narodowy (Þjóðleikhúsið). Stworzył tym samym wybitny, urbanistyczny dualizm. Z jednej strony wznosi się świetlisty, biały kościół przypominający lodowiec – Pałac Boga, strefa sacrum. Z drugiej, w sercu miasta, stoi ciemna, wtopiona w architekturę bryła teatru – Pałac Elfów. To bezpośrednie odwołanie do islandzkich legend o Huldufólk (ukrytych ludziach), którzy według ludowych baśni zamieszkują mroczne wnętrza czarnych skał. Dwie monumentalne budowle, jeden motyw bazaltu i dwie skrajnie różne opowieści o islandzkiej duszy.
Cztery dekady budowlanego dramatu
Historia powstania tej ikony to gotowy scenariusz na film o bolesnym zderzeniu artystycznej wizji z brutalną rzeczywistością. Kiedy w 1937 roku ostatecznie zaprezentowano projekt publicznie, w ówczesnym społeczeństwie wybuchł skandal. Konserwatywne kręgi uznały brutalną, ekspresjonistyczną bryłę za szpetną. Inni krytycy natychmiast wytykali jej wizualne podobieństwo do duńskiego kościoła Grundtviga w Kopenhadze, co dla narodu zrzucającego obce jarzmo było absolutnie nie do przyjęcia. Samúelsson musiał zaciekle bronić swojej wizji, tłumacząc oponentom, że jego dzieło to hołd dla surowej, islandzkiej lawy, a nie zagranicznej cegły.
Sama realizacja ciągnęła się w nieskończoność. Prace fizyczne ruszyły dopiero w 1945 roku na wietrznym, nieprzyjaznym placu. Po trzech latach morderczego wysiłku oddano zaledwie podziemia. W 1950 roku Guðjón Samúelsson zmarł, nigdy nie widząc swojego wiekopomnego dzieła w pełnej krasie. Odpowiedzialność przejęli jego współpracownicy, ale dokończenie betonowej iglicy i bocznych skrzydeł zajęło im czas aż do 1974 roku.
Ostateczna konsekracja nawy głównej odbyła się dopiero w 1986 roku, symbolicznie zbiegając się z 312. rocznicą śmierci patrona. Zbrojony beton, potężnie wystawiony na arktyczne mrozy i wichury, okazał się niezwykle kapryśnym materiałem – już w 2008 roku fasada wymagała głębokich, wielomilionowych remontów z powodu mikropęknięć i wietrzenia mrozowego.
Dziś Hallgrímskirkja to niekwestionowany symbol. Prowokacyjny projekt, o który toczono zażarte polityczne i estetyczne boje, na stałe wrósł w tożsamość stolicy. Kaskadowa, betonowa bryła udowadnia, że można wziąć to, co na Islandii najgroźniejsze – mroźną tektonikę, wulkany i pękający bazalt – i przekuć to w nieśmiertelne dzieło sztuki. To najpiękniejszy, choć szorstki w obyciu, hołd dla potęgi natury, jaki kiedykolwiek stanął na wyspie lodu i ognia.