Studio Sundlaugin – jak stary basen stał się legendarnym studiem nagrań
Współczesna inżynieria dźwięku ma niemal obsesję na punkcie kontroli. Budujemy sterylne kabiny, oklejamy ściany drogą pianką i dążymy do akustycznej "martwoty", byle tylko wyeliminować każdy niepożądany pogłos. Tymczasem w islandzkim Mosfellsbær, zaledwie kilka kilometrów od Reykjavíku, stoi budynek, który drwi z tej laboratoryjnej precyzji. Studio Sundlaugin (dosłownie "Basen") to miejsce, gdzie zapach chloru z lat 30. ustąpił miejsca aromatowi rozgrzanych lamp wzmacniaczy, a kafelki, które kiedyś odbijały plusk wody, teraz niosą jedne z najbardziej eterycznych dźwięków współczesnej muzyki alternatywnej.
To nie jest historia o kolejnym poprawnym technicznie studiu. To opowieść o tym, jak techniczne "błędy" i architektoniczne ograniczenia stały się trzecim, pełnoprawnym instrumentem zespołu Sigur Rós.
Genius Loci: Więcej niż cztery ściany
Trudno zrozumieć fenomen tego miejsca bez kontekstu historycznego. Ten budynek nigdy nie był tylko zbiorem ścian i dachu. Powstał w latach 30. XX wieku, w czasach Wielkiego Kryzysu, by służyć pracownikom lokalnej fabryki wełny w Álafoss. Dla Islandczyków sundlaug pełni funkcję niemal sakralną – to komunalna agora, gdzie w gorącej, geotermalnej wodzie toczy się życie towarzyskie, niezależnie od mrozu na zewnątrz.
Kiedy pod koniec lat 90. niecka stała pusta i zakurzona, budynek wciąż nosiła w sobie tę specyficzną energię wspólnoty. Nie był ruiną do wyburzenia, ale "obiektem znalezionym" – surową formą czekającą na nową treść.
Wielka ucieczka Sigur Rós
Mało brakowało, a historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. W 1999 roku, opromienieni sukcesem Ágætis byrjun, muzycy Sigur Rós byli o krok od zaszycia się w opuszczonej bazie radarowej NATO na szczycie góry. Szukali absolutnej izolacji i militarnej surowości. Na szczęście logistyka tamtego przedsięwzięcia – transport sprzętu na niedostępny szczyt – okazała się koszmarem.
Zamiast do betonowego bunkra, trafili do starej pływalni, którą gitarzysta Jónsi znał z dzieciństwa. Kupno tego miejsca za pieniądze z tantiem było dla nich deklaracją niezależności. Zamiast wynajmować drogie studia komercyjne, gdzie każda godzina kosztuje fortunę i wywołuje presję, stworzyli dom. W Sundlaugin zegar przestał tykać, a czas zaczął płynąć rytmem muzyki.
Akustyka wbrew zasadom
Z perspektywy klasycznej akustyki, kafelki to najgorszy możliwy materiał. Powodują ostre, nieprzyjemne odbicia i hałas. Mimo to, zespół podjął, wydawałoby się, brawurową decyzję: zostawiamy je. Żadnego skuwania, żadnych pułapek basowych, żadnych dyfuzorów. Ta surowość zdefiniowała brzmienie, które dziś rozpoznajemy jako "islandzkie".
Niecka basenowa (obecny Live Room) z pochyłym dnem o zróżnicowanej głębokości i pięciometrowym sufitem działa jak potężne pudło rezonansowe. Dno zapobiega falom stojącym, ale twarde ściany sprawiają, że dźwięk "lata" swobodnie.
Ryzyko "mokrego" brzmienia
Efektem jest potężny, "mokry" dźwięk (wet sound), który niesie ze sobą spore ryzyko. W tak żywym pomieszczeniu przesłuchy (bleed) są nieuniknione. Uderzenie w werbel natychmiast ląduje w mikrofonie wokalisty czy gitarzysty stojącego kilka metrów dalej.
Analogowe serce w cyfrowym świecie
Wchodząc do Sundlaugin, ma się wrażenie przebywania w muzeum, które żyje. To nie jest sterylne biuro z komputerem i Pro Toolsem, ale warsztat pełen duszy. Centralnym punktem jest analogowa bestia – konsola mikserska Neve (seria V0/55). Jej historia jest zresztą legendarna: stół był tak duży, że aby wnieść go do reżyserki (dawnych trybun), trzeba było wykuć dziurę w dachu i użyć dźwigu. Budynek musiał ustąpić technologii.
To właśnie ta konsola, wraz z 24-śladowym magnetofonem Otari, nadaje nagraniom specyficzne, "żelazne" ciepło. Taśma działa tu jak klej – jej naturalna kompresja łagodzi ostre transjenty generowane przez kafelkowaną salę. Do tego dochodzi instrumentarium wyglądające jak ze sklepu ze starociami: czelesty, harmonium, melotrony. To one odpowiadają za ten baśniowy, dzwoneczkowy klimat płyt takich jak Takk....
Człowiek za konsoletą
Całość spina Birgir Jón "Biggi" Birgisson. To inżynier, który zamiast narzucać techniczne rygory, woli chwytać moment. Znany jest z nagrywania wokali Jónsiego w reżyserce, bez słuchawek, przy włączonych monitorach. Technicznie to błąd w sztuce (problemy z fazą), ale artystycznie – strzał w dziesiątkę. Wokalista czuje muzykę całym ciałem, a nie tylko przez słuchawki, co przekłada się na lepszą intonację i autentyczność.
Płyty, które oddychają tym miejscem
Wystarczy posłuchać Untitled 8 (Popplagið) z płyty (), by zrozumieć, co ta przestrzeń robi z perkusją. Ten potężny, przestrzenny huk to właśnie niecka basenowa w pełnej krasie. Podobnie Jimmy LaValle z The Album Leaf, który przyjechał tu z USA, wywiózł na płycie In a Safe Place przestrzeń, której nie da się wygenerować żadną wtyczką VST.
Damien Rice poszedł nawet o krok dalej przy My Favourite Faded Fantasy. Zorganizował w studiu "otwarte sesje" dla 120 osób, traktując basen jak salę koncertową, by sprawdzić, jak obecność ludzkich ciał wpłynie na chłonność akustyczną pomieszczenia.
Psychogeografia nagrywania
Artyści nie przyjeżdżają tu jednak tylko dla sprzętu. Przyciąga ich psychogeografia tego miejsca. Widok z okna na strumień, wulkaniczne skały, a zimą na zorzę polarną, zmienia sposób myślenia o muzyce. Kompozycje zwalniają, stają się szersze i bardziej kontemplacyjne.
Sundlaugin to też "kuchnia" – dosłownie i w przenośni. W dokumencie Heima widać wyraźnie, że życie toczy się tu wokół wspólnych posiłków. Muzycy razem gotują, jedzą i grają. Ta bariera "praca-życie" zaciera się, co pozwala na osiągnięcie intymności niemożliwej do uzyskania w korporacyjnym studiu w Londynie czy LA.
Podsumowanie: Wady, które stały się zaletami
Sundlaugin udowadnia, że techniczna perfekcja bywa przereklamowana. Sigur Rós wzięli budynek zaprojektowany do higieny fizycznej i zamienili go w świątynię higieny sonicznej. Stary basen w Mosfellsbær stał się legendą właśnie dlatego, że jest nieidealny, ludzki i pełen echa przeszłości. I choć w niecce nie ma już wody, artyści z całego świata wciąż przyjeżdżają tu, by się zanurzyć – tyle że w gęstym, islandzkim brzmieniu.