Kiedy włączam Ágætis byrjun, automatycznie przenoszę się myślami na pola lawowe pod Reykjavíkiem. Muzyka Sigur Rós od zawsze była dla mnie dźwiękowym zapisem islandzkiej natury – surowej, pięknej i niestety coraz bardziej zagrożonej. Jednak jako osoba, która od lat obserwuje ten rynek, mam ograniczone zaufanie do ekologicznych deklaracji wielkich gwiazd. Zbyt często kończy się na sadzeniu drzewek w zamian za loty prywatnymi odrzutowcami.

Dlatego, gdy usłyszałam o "trasie bez śladu węglowego" obejmującej lata 2023–2025, moją pierwszą reakcją był sceptycyzm. Postanowiłam sprawdzić, co kryje się za tym hasłem. Okazuje się, że Islandczycy faktycznie zrobili coś, na co mało kto w tej branży ma odwagę – zamiast pudrować rzeczywistość offsetami, zmienili sam szkielet trasy koncertowej.

Logistyka ważniejsza niż PR

Większość zespołów "walczących o klimat" skupia się na eliminacji plastikowych słomek w cateringu. To ważne gesty, ale w skali globalnej trasy – symboliczne. Prawdziwy problem leży gdzie indziej.

Branżowe raporty są bezlitosne: aż 94% emisji dwutlenku węgla przy dużych trasach koncertowych pochodzi z transportu – zarówno artystów, jak i nas, publiczności.

Sigur Rós postanowił uderzyć w ten właśnie punkt. Zamiast ciągnąć ze sobą w światową podróż 40-osobową orkiestrę, chór i tony sprzętu cargo, zespół podróżuje w "wersji kieszonkowej". Jónsi, Georg i Kjartan zabierają ze sobą tylko niezbędną ekipę techniczną. A co z tą potężną ścianą dźwięku, którą znamy z płyt?

Tutaj wchodzi w grę ich "Strategia Lokalizacji". W każdym kraju, do którego docierają, nawiązują współpracę z miejscową orkiestrą. To genialne w swojej prostocie rozwiązanie eliminuje dziesiątki międzykontynentalnych lotów i konieczność transportowania wielkogabarytowych instrumentów. Wyobraźcie sobie logistykę przewozu czterech kontrabasów, kotłów i harfy z Islandii do USA, a potem do Polski. Rezygnacja z tego to nie kosmetyka – to realna redukcja śladu węglowego.

Polski akcent: Wrocław 2025

Dla nas ma to bardzo konkretny wymiar. Kiedy 16 września 2025 roku zespół stanie na scenie wrocławskiej Hali Stulecia, za ich plecami nie zobaczycie muzyków przywiezionych z Reykjavíku. Zagra z nimi Primuz Chamber Orchestra z Łodzi.

To rozwiązanie ma podwójne dno. Po pierwsze – ekologia. Muzycy z Łodzi dotrą do Wrocławia pociągiem lub autokarem (to zaledwie 200 km), co generuje ułamek zanieczyszczeń w porównaniu do lotu kilkudziesięciu osób z północy Europy. Po drugie – wsparcie lokalnego rynku kultury. Zamiast wydawać budżet na bilety lotnicze, honoraria trafiają do polskich artystów.

Wybór Hali Stulecia też nie jest przypadkowy. To obiekt wpisany na listę UNESCO, który – w przeciwieństwie do festiwalowych pól pod miastem – jest świetnie skomunikowany.

Jeśli więc wybieracie się na ten koncert, mam do Was małą prośbę. Skoro zespół zadaje sobie tyle trudu, by nie truć, my też możemy. Pod samą Halę dojeżdżają tramwaje linii 1, 2, 4 i 10. Zostawienie auta pod hotelem czy domem to chyba najmniejszy "offset", jaki możemy zaoferować od siebie.

Wiarygodność budowana latami

Dlaczego wierzę w szczerość tych działań bardziej niż w przypadku innych zespołów? Bo Sigur Rós nie wskoczył na ten wózek wczoraj, bo "ekologia jest modna".

Pamiętam rok 2003 i protesty przeciwko tamie Kárahnjúkar. Islandia była wtedy rozdzierana konfliktem między ochroną dzikich wyżyn a budową gigantycznej huty aluminium. Jónsi nie ograniczał się do postów w mediach społecznościowych – zespół grał na obozach protestacyjnych, wspierał ruch Saving Iceland, a na scenie występował z chórem zakneblowanych kobiet, co było potężnym symbolem uciszanej natury.

Ich słynny film Heima z 2006 roku był w zasadzie prototypem dzisiejszego zrównoważonego touringu. Grali wtedy darmowe, niezapowiedziane koncerty w opuszczonych fabrykach przetwórstwa rybnego czy wiejskich domach kultury. Już wtedy udowadniali, że wielka sztuka nie potrzebuje gigantycznej infrastruktury, by poruszać.

Dźwięki wymierania

Warto też wspomnieć o tym, co Jónsi robi solo, bo to rzuca światło na motywacje całego zespołu. Jego projekt Dark Morph to dla mnie jedna z najbardziej poruszających rzeczy w muzyce ostatnich lat.

Artysta, wraz z Carlem Michaelem von Hausswolffem, nagrywał dźwięki oceanu – wielorybów, krewetek, nietoperzy – i przetwarzał je w mroczne, ambientowe drony. To nie jest muzyka relaksacyjna. To dźwiękowy pomnik dla ekosystemów, które na naszych oczach znikają. Jónsi w swoich instalacjach, takich jak Hrafntinna (stworzona podczas erupcji wulkanu Fagradalsfjall), traktuje naturę podmiotowo. Dla niego Ziemia jest żywym, czasem przerażającym organizmem, a nie tylko ładnym tłem do teledysku.

Czy "trasa zero waste" to fikcja?

Musimy być uczciwi: całkowicie bezemisyjna trasa koncertowa nie istnieje. Dopóki w grę wchodzą przeloty (nawet okrojonego składu), prąd do zasilenia nagłośnienia i oświetlenia, oraz dojazdy tysięcy fanów, zawsze będziemy zostawiać ślad.

Jednak strategia Sigur Rós to obecnie najrozsądniejszy model, jaki widzę w mainstreamie. To połączenie strukturalnej redukcji emisji (model lokalnych orkiestr) z realną pomocą (współpraca z War Child i organizacją PLUS1).

Dla mnie, jako fanki i obserwatorki, jest to sygnał, że można robić wielkie rzeczy, minimalizując szkody. Nie jest idealnie, ale jest o niebo lepiej niż w standardzie branżowym. I może właśnie o to chodzi – nie o niemożliwą do osiągnięcia perfekcję, ale o świadome, mądre wybory na każdym etapie. Do zobaczenia we Wrocławiu – ja jadę pociągiem.