Kiedy tłumaczę znajomym, dlaczego budowa nowej drogi pod Reykjavíkiem opóźnia się o kolejne pół roku, rzadko mi wierzą. Myślą, że to kwestia surowej zimy albo braku rąk do pracy. Prawda jest jednak znacznie bardziej fascynująca i nierozerwalnie zrośnięta z islandzką ziemią. Zamiast kolejnych geologów, na placu budowy pojawia się czasem zaklinaczka elfów. Dla nas, osób bez reszty zakochanych w tej wyspie, to po prostu tutejsza codzienność – ustrój, w którym natura ma nie tylko swój głos, ale i bezwzględnie egzekwowane prawa.

Niewidzialni lokatorzy surowej wyspy

Wielu turystów przyjeżdżających na Islandię po raz pierwszy spodziewa się uroczych opowieści o skrzatach w spiczastych czapkach. Szybko muszę wyprowadzać ich z błędu. Islandzkie huldufólk, czyli ukryci ludzie, nie mają nic wspólnego z baśniami. Są niemal tacy sami jak my, tyle że bywają wyżsi, ubierają się z nieco staromodną, XIX-wieczną elegancją i brakuje im tego małego wgłębienia pod nosem.

Żyją w równoległym wymiarze, funkcjonując tuż obok. Prowadzą swoje farmy, spotykają się na rynkach, chodzą do kościołów. Różnica polega na tym, że ich wspaniałymi domostwami są te potężne, mszyste głazy i klify, przy których tak chętnie robicie sobie zdjęcia na pamiątkę. Zobaczycie ich wyłącznie wtedy, kiedy sami uznają, że mają na to ochotę. Sama geneza tego ludu ma swoje korzenie w fascynującej legendzie. Głosi ona, że zawstydzona Ewa ukryła przed Bogiem swoje nieumyte dzieci, na co Stwórca odparł, że to, co ukryto przed nim, pozostanie już na zawsze niewidoczne dla ludzi.

Granice, których lepiej nie przekraczać

Traktowanie surowego krajobrazu Islandii jak darmowego placu zabaw to jeden z największych błędów, jakie można tu popełnić. Sama nieraz z zamierającym sercem patrzę, jak przyjezdni beztrosko wspinają się po absolutnie wszystkim, co wystaje z ziemi, lub rzucają kamykami w formacje skalne. Zrzucenie takiego odłamka czy załatwienie potrzeby fizjologicznej za „przypadkową” skałą to proszenie się o kłopoty. Na Islandii głazy to nierzadko czyjaś własność prywatna, a takie zachowanie traktowane jest jak zbezczeszczenie cudzego domu.

Naruszenie spokoju istot ukrytych rzadko uchodzi na sucho. Próba przesunięcia álfastreinar (kamieni elfów) kończy się zazwyczaj całą lawiną niefortunnych zdarzeń. Raporty z islandzkich placów budowy pękają w szwach od dokumentacji dziwnych przypadków. Nowoczesna elektronika nagle wariuje, koparki warte setki tysięcy odmawiają posłuszeństwa, a doświadczeni pracownicy ulegają wypadkom na idealnie płaskim terenie. W ułamku sekundy potrafi też nadejść załamanie pogody, które lawiną błotną zmywa efekty wielomiesięcznej pracy, doprowadzając wykonawców na skraj bankructwa.

Ważne rozróżnienie dla podróżujących: nie każdy głaz jest nietykalny. Tradycyjne "kamienie siły", takie jak te na plaży Djúpalónssandur (ważące od 23 do 154 kg), służyły dawnym marynarzom do udowadniania krzepy. Możesz swobodnie próbować je podnieść. Najwyżej nabawisz się bólu pleców, ale "zemsta elfów" na pewno cię ominie.

Kiedy inżynieria ustępuje przed mitem

Islandzka dyrekcja dróg (Vegagerðin) traktuje te kwestie z całkowitą powagą. Zamiast toczyć boje z niewidzialnymi siłami i lokalną społecznością, urzędnicy po prostu wdrożyli odpowiednie protokoły. Mają gotowe procedury odpowiedzi na zgłoszenia dotyczące siedlisk elfów. Budowy opiewające na miliony dolarów są realnie wstrzymywane, aby dać czas na „wyprowadzkę”, lub trwale zmieniane, aby ominąć problematyczne miejsca.

Najlepiej ilustrują to konkretne historie z islandzkich dróg. W Kópavogur znajduje się słynne wzgórze Álfhóll. Próbowano tam poprowadzić trasę już w latach 30. – z marnym skutkiem. Kiedy w latach 80. wznowiono prace, ciężki sprzęt znów seryjnie się psuł, a telewizyjne kamery gasły na wizji, gdy tylko je tam kierowano. Ostatecznie władze uznały wyższość natury – drogę zwężono i poprowadzono tak, by omijała pagórek.

Jeszcze głośniejsza była sprawa z 2013 roku w Gálgahraun, gdzie na trasie planowanej autostrady stanął 70-tonowy głaz Ófeigskirkja, pełniący rolę elfiego kościoła. Wybuchły ogromne protesty, a konflikt musiał rozstrzygać Sąd Najwyższy. Przełom nastąpił, dopiero gdy znana na wyspie mediatorka Ragnhildur Jónsdóttir wynegocjowała zgodę na zmianę lokalizacji kamienia. Gdy olbrzymią skałę przeniesiono z zachowaniem najwyższej ostrożności, wszelkie trudności na budowie ustały jak ręką odjął.

Ekolodzy z równoległego wymiaru

Patrząc na to z perspektywy mieszkańca kontynentalnej Europy, łatwo o pobłażliwy uśmiech. Jednak dla społeczeństwa, które od wieków żyje w cieniu dymiących wulkanów i pękających lodowców, nadanie potężnej naturze cech ludzkich ma głęboki sens. To psychologiczny mechanizm obronny, sposób na nawiązanie dialogu z żywiołem, nad którym nie ma się innej kontroli.

Dzisiaj ta piękna tradycja ewoluowała, nabierając mocnego, proekologicznego charakteru. Elfy stały się najważniejszymi i najskuteczniejszymi sojusznikami w walce o zachowanie bioróżnorodności wyspy. Organizacjom środowiskowym o wiele łatwiej jest zablokować niszczycielską inwestycję, odwołując się do Ustawy o Dziedzictwie Kulturowym z 2012 roku i szacunku dla tożsamości narodowej. Ochrona mitycznych, skalnych domostw przed wylaniem asfaltu to przecież nic innego, jak niezwykle skuteczna ochrona nienaruszonego krajobrazu Islandii.

W zindustrializowanym świecie przyjęliśmy za pewnik, że najkrótsza droga między dwoma punktami to zawsze linia prosta. Islandia systematycznie weryfikuje to podejście. Kiedy na trasie pojawia się dom odwiecznego sąsiada, tutejsi inżynierowie po prostu rysują na planach łagodny łuk. Ten przepiękny kompromis między chłodną kalkulacją a wielkim szacunkiem dla natury stanowi o absolutnej wyjątkowości tego kraju. Kolejnym razem, spacerując tutejszym szlakiem, spójrzcie na mijane głazy z odrobiną większej czułości.