Pomnik Leifa Erikssona – historia wikinga, której nie znasz

Kiedy stoję pod Hallgrímskirkja, niemal zawsze obserwuję tłumy turystów. Każdy z nich wyciąga telefon, żeby uchwycić ten idealny, pocztówkowy kadr: potężny wiking na tle surowych, betonowych wież kościoła. Wygląda to tak spójnie, jakby całe wzgórze zaprojektowano wokół tego jednego ujęcia setki lat temu. Prawda jest jednak zupełnie inna. Ten słynny widok to w rzeczywistości wynik gigantycznej politycznej przepychanki, urażonej narodowej dumy i zwykłego zbiegu okoliczności, o którym rzadko wspominają standardowe przewodniki. Zabieram Cię za kulisy najsłynniejszego pomnika na Islandii, żebyś mógł spojrzeć na niego z zupełnie innej perspektywy.

Kłótnia o DNA, czyli do kogo należy wiking?

Przez dekady trwała bezwzględna dyplomatyczna wojna o to, czyim tak naprawdę dziedzictwem jest legenda Leifa Erikssona (isl. Leifur Eiríksson). Odkrywca ten dotarł do wybrzeży Ameryki Północnej (tzw. Winlandii) około 1000 roku – niemal pół tysiąclecia przed hiszpańskimi statkami Krzysztofa Kolumba.

Norwegowie stanowczo rościli sobie prawa do jego postaci, argumentując, że jego ojciec, Eryk Rudy, był ich rodakiem. Zwykle pomijali przy tym niewygodny fakt, że ów ojciec został z Norwegii wygnany za morderstwo. Z punktu widzenia Islandczyków sprawa była oczywista. Matka Leifa, Þjóðhildur, była rdzenną Islandką, a sam przyszły odkrywca urodził się i wychował na wyspie ognia i lodu. To również islandzcy skrybowie ocalili jego czyny od zapomnienia, spisując na pergaminach średniowieczne sagi. Bez nich świat w ogóle by o nim nie usłyszał.

Ostateczny cios w tym sporze zadano zza oceanu. W 1930 roku Islandia świętowała 1000-lecie swojego parlamentu (Alþingi). Stany Zjednoczone postanowiły uczcić tę okazję z wielkim rozmachem, darowując wyspiarzom pomnik. Na 50-tonowym postumencie wyryto kluczowe zdanie: "Syn Islandii". Dla lokalnej społeczności był to absolutny triumf. Amerykańskie mocarstwo oficjalnie przyznało im rację, zamykając usta norweskim nacjonalistom i wzmacniając islandzką tożsamość w drodze do niepodległości.

Niezrealizowana wizja artysty (i 50 ton amerykańskiego granitu)

Zazwyczaj nasz wzrok przyciąga sama rzeźba – mierzący 10 stóp i ważący tonę wiking z brązu, opierający się o topór i wpatrzony na zachód. Został on stworzony przez amerykańskiego rzeźbiarza Alexandra Stirlinga Caldera. Warto jednak spojrzeć nieco niżej.

Calder umieścił swoje dzieło na potężnej bazie z 18 bloków czerwonego, teksańskiego granitu, uformowanej na kształt dziobu wikińskiej łodzi (drakkara). Amerykański artysta miał bowiem znacznie bardziej monumentalną wizję. Pomnik wcale nie miał stać na suchym bruku. Pierwotny projekt zakładał otoczenie postumentu rozległym, sztucznym basenem z wodą. W ten sposób granitowy dziób miał iluzorycznie przecinać "atlantyckie fale". Ostatecznie brutalne zderzenie ambitnej idei z mroźnym klimatem Islandii, silnymi wiatrami i ograniczonym budżetem miasta na zawsze przekreśliło te plany. Został sam kamień.

Cmentarz zbrodniarzy i... publiczna toaleta

Dzisiejsze wzgórze Skólavörðuholt to tętniące życiem serce stolicy, ale amerykański dar na początku wywołał tam niemały skandal. Dyplomaci z USA narzucili z góry, aby pomnik stanął w najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta. Miejscowi urbaniści zgrzytali zębami, ponieważ ta decyzja zmuszała ich do zburzenia uwielbianego przez mieszkańców historycznego kopca widokowego (Skólavarðan).

Samo miejsce również budziło bardzo mroczne skojarzenia u rdzennych rykiawiczan. Na początku XIX wieku to ponure wówczas pustkowie za miastem pełniło funkcję nieoficjalnego cmentarza dla skazańców i zbrodniarzy. W ukrytych dołach pogrzebano tam między innymi morderczynię Steinunn Sveinsdóttir, a wśród starszych mieszkańców wciąż krążyły legendy o straszących w okolicy zjawach.

Sfrustrowana zburzeniem kopca i zlekceważeniem miejskich planów ludność początkowo wcale nie traktowała pomnika z należytym szacunkiem. W latach 30. masywna granitowa baza służyła miejscowym za... publiczną toaletę. Problem wandalizmu i defekacji przybrał tak absurdalne rozmiary, że w 1935 roku miasto musiało opłacać specjalnego stróża nocnego, by chronił amerykańskiego wikinga przed moczem spacerowiczów. Ten niechlubny proceder ukrócili dopiero brytyjscy żołnierze, którzy podczas II wojny światowej założyli na wzgórzu swoją strefę militarną.

Wielkie fotograficzne oszustwo

Największym zaskoczeniem dla osób zgłębiających historię Reykjavíku jest fakt, że słynny architektoniczny dialog między pomnikiem a kościołem to wizualny przypadek. Przez ponad dekadę Leif Eriksson stał na wzgórzu zupełnie sam. Dopiero w 1945 roku – 13 lat po odsłonięciu rzeźby – wbito pierwszą łopatę pod budowę świątyni Hallgrímskirkja.

Realizacja imponującej wizji państwowego architekta, Guðjóna Samúelssona, trwała aż do 1986 roku. To, co widzimy dzisiaj na setkach tysięcy zdjęć z wakacji, to w dużej mierze iluzja optyczna. Obiektywy aparatów (szczególnie te o dłuższych ogniskowych) mocno spłaszczają perspektywę. Kiedy staniesz tam na żywo, odkryjesz, że między wikingiem z brązu a majestatyczną, ewangelicką katedrą rozciąga się gigantyczny plac. To nie jest jeden spójny kompleks narzucony wspólnym projektem, ale dwa zupełnie różne rozdziały islandzkiej historii, które z biegiem lat połączyły się w jednym, fenomenalnym kadrze.

Zobacz więcej niż tylko kadr

Następnym razem, gdy będziesz spacerować po Reykjavíku i podejdziesz pod pomnik Leifa Erikssona, zatrzymaj się na moment. Dotknij chłodnego, teksańskiego granitu. Zamiast widzieć w nim tylko idealne tło do zdjęcia, przypomnij sobie o zaciętej wojnie dyplomatycznej o historyczne dziedzictwo, o niezrealizowanym basenie Caldera i mrocznych grobach ukrytych pod Twoimi stopami. Ten 50-tonowy gigant to surowy świadek burzliwego dorastania Islandii i fascynujący pomnik sam w sobie. Zdecydowanie warto poświęcić mu więcej uwagi.