Mapa elfów – gdzie w Hafnarfjörður mieszkają ukryci ludzie?

Kiedy pierwszy raz pojechałam do Hafnarfjörður, portowego miasteczka położonego zaledwie dziesięć kilometrów od Reykjavíku, uderzył mnie widok ogromnych brył lawy wyrastających prosto ze starannie przystrzyżonych trawników na prywatnych posesjach. Dla nas to architektoniczna anomalia, ale dla tamtejszych mieszkańców – absolutna codzienność. Hafnarfjörður nie bez powodu nosi tytuł islandzkiej Stolicy Elfów. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie dawne wierzenia w huldufólk, czyli ukrytych ludzi, nie są wyłącznie folklorem czy chwytem pod turystów. To twarde prawo, które potrafi zatrzymać ciężki sprzęt drogowy i realnie wpływać na to, jak rozwija się miasto.

Huliðsheimakort, czyli jak jasnowidząca wytyczyła plany miasta

Prawdziwy przełom w relacjach między miastem a jego niewidzialnymi mieszkańcami nastąpił w 1993 roku. Wtedy to władze miejskie podjęły decyzję, która w większości europejskich stolic wywołałaby co najmniej uśmiech politowania. Zleciły znanej islandzkiej jasnowidzącej, Erli Stefánsdóttir, oficjalne skartografowanie ukrytego świata.

Tak powstała Huliðsheimakort – Mapa Ukrytych Światów. Erla zidentyfikowała na niej 42 konkretne adresy w tkance miejskiej. Co niezwykle fascynujące, ten dokument do dziś znajduje się w miejskim Ratuszu, a deweloperzy czy inwestorzy starający się o pozwolenie na budowę muszą w formularzach urzędowych odpowiedzieć na pytanie, czy ich projekt nie zakłóci znanych siedlisk elfów.

Spacer po elfickich osiedlach

Z mapą w ręku można przespacerować się po miejscach, które tętnią życiem – choć nie dla każdego widocznym. W samym centrum znajdziemy park Hellisgerði, założony w 1922 roku w sercu prehistorycznego pola lawowego. To taka swoista elficka metropolia. Pomiędzy alejkami kryją się miniaturowe drzwiczki wmontowane w szczeliny, a w centralnym punkcie stoją dwie surowe kolumny bazaltowe, znane jako Tron Królewskiej Pary. Przed tym tronem regularnie pojawiają się świeże polne kwiaty. Aby zachować estetykę parku, miejski ogrodnik dyskretnie sprząta te zwiędłe na kompost, tworząc piękny obraz cichej współpracy miasta z dawnymi rytuałami.

Z kolei mroczne klify Hamarinn górujące nad miastem to, zgodnie z lokalnymi opowieściami, oficjalny Pałac Rodziny Królewskiej. Mieszkańcy do dziś dzielą się plastycznymi snami o eleganckiej kobiecie w bieli, zapraszającej wybranych śmiertelników do wspaniałych sal ukrytych w litej skale. W kulturze islandzkiej takie oniryczne wizje są traktowane niezwykle poważnie.

Nieco dalej, na obrzeżach, w klifie Setbergshamar mieści się ukryte centrum instytucjonalne. Rzekomo działają tam krasnoludzkie warsztaty, ogromne biblioteki i szkoły. Pięknym doświadczeniem jest też wizyta przy Álfakirkja (Kościele Elfów) – niepozornej wnęce w ścianie lawy, gdzie podczas przesileń organizowane są kameralne, piętnastominutowe ceremonie, a dźwięki wiolonczeli płyną prosto do wnętrza skały.

Urbanistyka prewencyjna w cieniu wulkanu

Na Islandii ten szacunek do natury ma jednak bardzo namacalny, inżynieryjny wymiar. Wystarczy przejść się ulicą Suðurgata, gdzie na trawniku luterańskiego kościoła z 1914 roku leży Dvergasteinn – Głaz Krasnoludów. Ówcześni budowlańcy woleli go nie ruszać, by nie kusić losu i nie gniewać ukrytego ludu, dzięki czemu obok siebie zgodnie trwają dwa zupełnie różne porządki duchowe.

Zignorowanie tych niewidzialnych granic potrafi słono kosztować, o czym drogowcy przekonali się wielokrotnie. Na ulicy Merkurgata ogromna bryła lawy tak bardzo wpycha się w pas drogowy, że tworzy niebezpieczne zwężenie – wszystko dlatego, że inżynierowie woleli zaakceptować niewygodny kompromis niż wysadzić "dom" elfów dynamitem.

Mój ulubiony i bardzo głośny przypadek to jednak budowa ronda w dzielnicy Kirkjuholt z 2013 roku. Sprzęt budowlany psuł się tam z taką regularnością i w tak tajemniczych okolicznościach, że na plac budowy zaproszono medium. Kiedy okazało się, że w pobliskim zagajniku brzozowym żyją trzy elfickie rodziny, państwowy zarząd dróg... skapitulował. Przesunięto trasę, wydłużając ją o 200 metrów i pochłaniając dodatkowe, gigantyczne środki. Dziś stoi tam nawet oficjalny żółty znak drogowy: "Umferð vegna álfa" (Ruch z powodu elfów).

Dlaczego Islandczycy naprawdę chronią elfy?

Można by pomyśleć, że te wszystkie historie wynikają z powszechnej, niezachwianej wiary. Tymczasem statystyki pokazują zupełnie inny trend. O ile w 1998 roku wiarę w istnienie elfów deklarowało ponad 54% Islandczyków, o tyle w 2022 roku w dobie cyfryzacji odsetek ten spadł do zaledwie 31%.

Skoro racjonalizm bierze górę, dlaczego inżynierowie i urzędnicy w Hafnarfjörður wciąż tak rygorystycznie chronią te miejsca?

Odpowiedź, którą czuję pod skórą za każdym razem, gdy wracam na wyspę, jest głęboko proekologiczna. Elfy stały się na Islandii doskonałymi ambasadorami i strażnikami natury. Pod koniec lat 60., gdy tuż za miastem wyrosła potężna huta aluminium Alcan, Islandczycy uświadomili sobie, jak bezbronna i krucha jest ich przyroda w starciu z bezlitosnym przemysłem. Zwykły krzak, stary mech czy formację lawową zrównać z ziemią jest bardzo łatwo. Ale zniszczenie "prastarego uniwersytetu elfów" to już ryzyko ogromnego skandalu społecznego.

Huliðsheimakort dawno przestała być tylko ciekawostką etnograficzną. Zmieniła się w potężny, zinstytucjonalizowany mechanizm ochrony krajobrazu. Niewidzialni ludzie dają opresjonowanej naturze twardy głos w debacie z urzędnikami. Spacerując po zakamarkach Hafnarfjörður widzę miasto, którego mieszkańcy nie tyle naiwnie wierzą w bajki, co znaleźli absolutnie genialny sposób, by ocalić swoje dziedzictwo przed zabetonowaniem.