Jónsi Architekt Dźwięku – Od wulkanicznego Sigur Rós do Hollywood
Śledzę karierę Jónsiego Birgissona od lat i wciąż fascynuje mnie jedno: jak człowiek, który zaczynał w garażu w Reykjavíku, stał się globalnym symbolem emocjonalnego uniesienia w kinie. To nie jest po prostu "wokalista Sigur Rós". To artysta, który wziął gitarę elektryczną i zamiast uderzać w struny, postanowił wydobyć z nich duszę. Jego droga od post-rockowych pejzaży do czerwonych dywanów Hollywood to lekcja odwagi artystycznej, której warto się przyjrzeć z bliska.
Fizyka emocji, czyli co tam tak zgrzyta
Wielu słuchaczy, z którymi rozmawiam, jest przekonanych, że to "nieziemskie" brzmienie Sigur Rós to efekt skomplikowanej elektroniki. Prawda jest znacznie bardziej brudna i fizyczna. Magia dzieje się na styku końskiego włosia i metalu.
Jónsi nie traktuje gitary jak typowy rockman. Jego Gibson Les Paul (słynny model "Bird") to w jego rękach instrument smyczkowy. Widzieliście kiedyś chmurę białego pyłu unoszącą się nad nim podczas koncertów? To nie scenografia – to kalafonia. Artysta nakłada jej na smyczek wiolonczelowy tak dużo, że niemal sypie się jak śnieg. To tarcie (fizyka nazywa to zjawiskiem stick-slip) jest kluczem.
Smyczek wiolonczelowy jest cięższy i szerszy od skrzypcowego, co pozwala "wgryźć się" w grube struny gitary. Do tego dochodzi specyficzny tor sygnałowy. Zamiast popularnych w post-rocku delayów, Jónsi stawia na potężny reverb (korzysta z procesorów TC Electronic) i naturalne przesterowanie lampowego wzmacniacza Marshall. Efekt? Dźwięk jest ciągły, gęsty, przypomina startujący samolot albo... śpiew waleni. To brzmienie nie ma ataku, ma tylko trwanie.
Vonlenska: Język, którego nie trzeba rozumieć
Zawsze bawi mnie, gdy ktoś próbuje analizować teksty z albumu ( ). Jónsi dał nam coś znacznie ciekawszego niż słowa – dał nam przestrzeń. Vonlenska, czy też Hopelandic, to dowód na to, że głos jest po prostu kolejnym instrumentem.
Zamiast narzucać nam o czym mamy myśleć, śpiewając konkretne historie, Jónsi używa sylab dobranych wyłącznie pod kątem brzmienia. To zdejmuje z nas ciężar interpretacji intelektualnej i pozwala na czyste odczuwanie. Choć technicznie jest kontratenorem operującym falsetem, zauważyłam na trasie w 2022 roku ciekawą zmianę. Z wiekiem jego głos ewoluuje – pojawiają się niższe rejestry, chropowate drony i techniki zbliżone do śpiewu gardłowego. Ta dojrzałość brzmienia robi na mnie piorunujące wrażenie.
Między ciszą a hałasem: Jónsi i Alex
Dla mnie najpiękniejszą odsłoną twórczości Birgissona pozostaje jego wieloletnia współpraca z Alexem Somersem. Ich wspólny projekt Riceboy Sleeps z 2009 roku był całkowitym zaprzeczeniem hałaśliwego Sigur Rós.
Wyobraźcie sobie: witariańska komuna na Hawajach, laptopy ładowane słońcem i muzyka tworzona w ciszy. To były akustyczne, zapętlone smyczki, brzmiące jak stare, drewniane instrumenty znalezione na plaży. Choć ich drogi prywatne się rozeszły, artystyczna chemia przetrwała. W tym roku (2025) wracają z muzyką do filmu Rental Family i słyszę tam ten sam intymny klimat – zepsute pozytywki i szum analogowej taśmy. To dowód na niezwykłą dojrzałość ich relacji.
Szok termiczny: Od Baroku do Industrialu
Jónsi potrafi też być niewygodny. Po "barokowym popie" z płyty Go, gdzie szalał z orkiestracjami Nico Muhly'ego, w 2020 roku zaserwował nam album Shiver. To był moment, w którym wielu fanów "elfiego chłopca" wstrzymało oddech.
Współpraca z A.G. Cookiem (twórcą PC Music) przyniosła brzmienie ostre, metaliczne i glitchowe. Zderzenie islandzkiej wrażliwości z cyfrową agresją dało fascynujące efekty. Duet z Robyn w "Salt Licorice" to taneczny parkiet zalany łzami, a "Cannibal" z legendarną Liz Fraser z Cocteau Twins to dla mnie jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych dekady. Dwoje wokalistów, którzy wymyślili własne języki, wreszcie w jednym utworze.
Hollywoodzkie uniesienia
Nie da się pisać o Jónsim, pomijając jego romans z kinem. I nie chodzi tu tylko o podkładanie piosenek pod sceny. Jónsi stał się pełnokrwistym kompozytorem.
Najbardziej wzrusza mnie jego wkład w serię Jak Wytresować Smoka. Główny kompozytor, John Powell, przyznał, że to Jónsi zdefiniował "epickość" i nordycki charakter tej sagi. Sceny lotu Czkawki i Szczerbka po prostu nie działałyby tak samo bez jego falsetu w "Where No One Goes". To muzyka, która sprawia, że wierzymy w niemożliwe.
Ale Jónsi to nie tylko bajki. Kiedy usłyszałam, że robi muzykę do filmu akcji Without Remorse (2021), byłam sceptyczna. A on spędził rok, szukając mrocznej, brutalnej "duszy" tej produkcji. Dostarczył industrialną elektronikę, która wgniata w fotel. Zero słodyczy, czyste napięcie.
Wulkan w środku Nowego Jorku
Na koniec muszę wspomnieć o projekcie, który pokazuje Jónsiego jako artystę totalnego. Kiedy pandemia uniemożliwiła mu zobaczenie erupcji wulkanu Fagradalsfjall, postanowił... zbudować wulkan w galerii sztuki.
Instalacja Obsidian (2021) była czymś więcej niż muzyką. Jónsi, który pasjonuje się perfumiarstwem, stworzył zapach dymu, ozonu i skamieniałego bursztynu, by rozpylić go w sali. Otoczony przez 200 głośników symulujących drgania sejsmiczne, widz mógł poczuć wibracje ziemi całym ciałem.
Co przynosi 2026 rok?
Teraz, w lutym 2026, Jónsi wydaje się wracać do światła. Jego najnowszy, instrumentalny album First Light przynosi ukojenie i harmonię, jakiej szukaliśmy po latach chaosu. Niezależnie od tego, czy Jónsi katuje struny smyczkiem, czy tworzy delikatne ambienty, jedno pozostaje niezmienne – jego muzyka zawsze ma fakturę, którą niemal można dotknąć. I za to cenię go najbardziej.