Język "Vonlenska" (Hopelandic) – czy słowa mają znaczenie? Analiza
Zawsze, gdy wracam do Hoppípolla albo Svefn-g-englar, czuję to samo: ciarki na plecach i dziwną, trudną do nazwania tęsknotę. Znamy to uczucie wszyscy. Jednak gdyby ktoś zapytał mnie, o czym właściwie śpiewa Jónsi, musiałabym bezradnie rozłożyć ręce. W świecie, gdzie każde słowo jest ważone, a komunikacja musi być precyzyjna, Sigur Rós zrobiło coś, co teoretycznie nie miało prawa się udać. Stworzyli Vonlenska (znany też jako Hopelandic) – anty-język, który brzmi jak mowa elfów, a w rzeczywistości jest fascynującym eksperymentem na naszej wrażliwości.
Dziś przyjrzymy się temu zjawisku nie tylko od strony muzycznej, ale też psychologicznej. Bo to historia o tym, że czasem, żeby kogoś zrozumieć, wcale nie potrzebujemy słownika.
Czym jest Vonlenska? (I dlaczego to nie język)
Wokół Vonlenska narosło wiele mitów. Najpopularniejszy głosi, że to prastary islandzki dialekt, ewentualnie sekretny kod znany tylko wtajemniczonym. Rzeczywistość jest dużo bardziej prozaiczna. Termin ten to po prostu zlepek słowa "Von" (tytuł debiutu zespołu, oznaczający "Nadzieję") i końcówki "-lenska", typowej dla nazw języków, jak íslenska. W wolnym tłumaczeniu otrzymujemy więc nieco pretensjonalny "Nadziejlandzki".
Warto zaznaczyć, że sami muzycy podchodzą do tego z ogromnym dystansem. Jónsi w wywiadzie dla NPR określił całą otoczkę wokół Hopelandic krótkim i dosadnym: "total bullshit". Dla zespołu to nigdy nie był święty koncept. Było to czysto techniczne narzędzie – roboczy bełkot podśpiewywany w studiu przed napisaniem właściwego tekstu. W pewnym momencie chłopaki uznali po prostu, że ta fonetyczna prowizorka brzmi lepiej niż jakiekolwiek konkretne słowa.
Vonlenska to nie Conlang
Niektórzy próbują stawiać ten twór w jednym rzędzie z elfickim (Quenya) Tolkiena czy klingońskim ze Star Treka. Jako osoba zajmująca się słowem, muszę tu postawić wyraźną granicę. Tolkien był filologiem, który latami dłubał w gramatyce. Jónsi jest muzykiem działającym instynktownie.
Różnica jest fundamentalna:
- Conlangi mają gramatykę, składnię i słowniki. Służą precyzyjnej komunikacji.
- Vonlenska to wolna amerykanka, gdzie liczy się tylko melodia. To samo "słowo" może znaczyć "kocham" albo "umieram", w zależności od tego, jaki akord uderzy w tym momencie pianista.
Bliżej temu zjawisku do jazzowego scat singing niż do inżynierii lingwistycznej.
Głos jako kolejny instrument
Jónsi traktuje swój głos instrumentalnie – i to dosłownie. W typowym rockowym kawałku wokalista stoi z przodu i opowiada historię. W post-rocku Sigur Rós głos "topi się" w pogłosie (reverb), stając się kolejną warstwą tekstury, na równi ze smyczkami czy gitarą. Wokalista nie dobiera sylab pod kątem sensu, ale ich brzmienia – szuka miękkości, dźwięczności i otwartości samogłosek.
Często łapię się na tym, że Vonlenska brzmi dla mnie bardzo... islandzko. Nie jest to przypadek. Jónsi, improwizując, podświadomie sięga po fonetykę swojego języka ojczystego. Słyszymy więc charakterystyczne dla Skandynawii przydechy i specyficzną melodię. Nasz mózg daje się nabrać na tę iluzję, szukając w niej ukrytego kodu językowego, którego po prostu nie ma.
Wielkie oszustwo albumu ( )
Największy szok przeżyłam jednak analizując album ( ) z 2002 roku – ten słynny, z nawiasami zamiast tytułu. Zespół poszedł tutaj na całość. Słuchając tej płyty, ma się wrażenie obcowania z bogatą treścią i feerią emocji. Tymczasem prawda jest taka, że przez 71 minut Jónsi śpiewa w kółko wariację jednego zdania.
Fani najczęściej zapisują to jako:
"You xylo. You xylo no fi lo. You so."
Na papierze wygląda to trywialnie, może nawet idiotycznie. Ale magia dzieje się w kontekście. W pierwszej, jasnej połowie płyty, ta fraza brzmi jak najczulsza kołysanka. W drugiej, mrocznej części, te same sylaby zmieniają się w krzyk rozpaczy. To dowód na to, że semantyka w muzyce jest drugorzędna. Sylaba "so" nie znaczy nic, ale odpowiednio zaśpiewana falsetem, potrafi złamać serce.
Fenomen "Pustego Naczynia"
Zespół zrobił coś bardzo odważnego – oddał nam, słuchaczom, puste naczynie. Pudełko bez tytułów, książeczka z czystymi kartkami z kalki technicznej. Ethan Hayden, badacz twórczości zespołu, nazwał to koncepcją "empty vessel". Brak narzuconego tekstu sprawia, że stajemy się współautorami tych utworów.
Działa to jak dźwiękowy test Rorschacha. Jeśli jesteś zakochana, usłyszysz tam hymn o bliskości. Jeśli przeżywasz żałobę – usłyszysz requiem. Tekst nie może Ci zaprzeczyć, bo go nie ma.
Pułapka "Borealizmu"
W recenzjach Sigur Rós nagminnie pojawiają się określenia: "lodowcowe brzmienie", "dźwięki jak gejzery", "wulkaniczna energia". Badacze nazywają to Borealizmem – tendencją do egzotyzowania Północy.
Jako dziennikarka widzę w tym pewne lenistwo poznawcze, ale też naszą potrzebę mitu. Gdyby Jónsi śpiewał po angielsku o problemach z parkowaniem w Reykjaviku, czar by prysł. Niezrozumiały bełkot Vonlenska pozwala nam utrzymać fantazję o Islandii jako magicznej, nieskalanej cywilizacją krainie. Chcemy wierzyć, że to głos natury, a nie efekt pracy w studiu nagraniowym.
Twój mózg nie lubi pustki
Nasze mózgi to maszyny do szukania wzorców. Nie potrafią zaakceptować faktu, że słyszą bezsensowne dźwięki, dlatego fani masowo doświadczają zjawiska mondegreen – czyli przesłyszeń.
Na forach internetowych toczą się zażarte dyskusje o to, co słychać w utworze Untitled 4. Pesymiści słyszą "You sigh alone" (Wzdychasz samotnie). Osoby szukające duchowości są pewne, że pada tam słowo "Soul" lub "Light". Ktoś kiedyś stworzył nawet kompletną teorię o starożytnym języku "Essil", pisząc do tego całą mitologię. To fascynujące, jak bardzo potrzebujemy narracji. Jesteśmy w stanie wymyślić nieistniejący język, byle tylko nie przyznać przed sobą, że słuchamy emocjonalnej abstrakcji.
Czy słowa mają znaczenie?
Odpowiedź jest niejednoznaczna. Lingwistycznie – nie mają żadnego. To nonsens, zlepek sylab. Jeśli szukacie tam ukrytego przekazu, zawiedziecie się.
Ale emocjonalnie? Mają znaczenie absolutne. Są nośnikiem czystego uczucia, które omija nasz analityczny umysł i uderza prosto w układ limbiczny. Sigur Rós udowodniło, że komunikacja nie zawsze wymaga definicji ze słownika. Jak trafnie zauważył jeden z fanów: "Nie ma znaczenia, co Jónsi mówi. Ważne jest to, jak to mówi".
Moja rada? Włączcie dziś wieczorem Untitled 1 (Vaka). Zamknijcie oczy i nie próbujcie zgadywać słów. Pozwólcie, żeby obrazy same przyszły wam do głowy. To będzie wasza, i tylko wasza piosenka.