Guðjón Samúelsson – architekt, który zdefiniował wygląd Islandii
Pierwsze zderzenie z islandzką architekturą bywa zaskakujące. Nie znajdziemy tu gotyckich katedr ani bogato zdobionych rynków, które znamy z kontynentalnej Europy. Przez wieki tożsamość wyspiarzy opierała się na potężnych sagach i zmaganiach z bezlitosną naturą, a nie na monumentalnych budowlach. Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1918 roku, gdy Islandia odzyskała suwerenność. Młode państwo pilnie potrzebowało fizycznego dowodu swojej niezależności – przestrzeni, która oddałaby ducha narodu. To gigantyczne zadanie wziął na swoje barki Guðjón Samúelsson, pierwszy wykształcony islandzki architekt. Człowiek, który dosłownie przetłumaczył wulkany i lodowce na język betonu.
Nauka u dawnego kolonizatora
Paradoksem historii jest to, że Samúelsson musiał uczyć się fachu w Danii. Wyjechał do Kopenhagi po prostu dlatego, że na Islandii nie było wtedy uczelni technicznych. Wrócił w 1919 roku z dyplomem i głębokim przekonaniem – młody kraj musi odrzucić duńską estetykę i stworzyć coś całkowicie własnego.
Jego wizję brutalnie zweryfikowało życie, a dokładnie wielki pożar Reykjavíku z 1915 roku. Ten kataklizm dobitnie udowodnił, jak złudne jest poleganie na importowanym drewnie w miejscu, gdzie huraganowy wiatr zrywa dachy, a ogień przenosi się w ułamku sekundy. Dla nowo mianowanego Architekta Państwowego odpowiedź była jasna: przyszłość Islandii leży w zbrojonym betonie.
Steining, czyli ulepieni z lokalnych skał
Szybko okazało się, że sam beton to za mało. W surowym klimacie północnego Atlantyku gładkie ściany pękały od mrozu, a brak doświadczenia lokalnych robotników owocował nieestetycznymi śladami po szalunkach. Do tego doszedł globalny kryzys gospodarczy lat 30., który całkowicie odciął wyspę od drogich zagranicznych materiałów wykończeniowych.
W takich momentach rodzą się najlepsze innowacje. Samúelsson, współpracując z rzeźbiarzem Guðmundurem Einarssonem, opracował technikę Steining – tak skuteczną, że w 1939 roku opatentowano ją nawet w Wielkiej Brytanii.
Zamiast sprowadzać tynki z Europy, na świeżą zaprawę cementową nakładano ręcznie drobno potłuczone, lokalne minerały. Do ciemnych, mrocznych akcentów używano czarnego obsydianu z wyżyn śródlądowych. Jasne powierzchnie lśniły dzięki kwarcowi, a efekt diamentowego iskrzenia w zimowym słońcu dawał rzadki szpat islandzki. Ten genialny w swojej prostocie ruch nie tylko obniżył koszty, ale sprawił, że budynki stały się pancerne i dosłownie stopiły się z islandzką geologią. Szacuje się, że w ten sposób zabezpieczono i ozdobiono na wyspie niemal 3800 budynków.
Góra, która wyrosła w sercu miasta
Najbardziej spektakularnym efektem tej fascynacji naturą jest Hallgrímskirkja. Jako miłośniczka wyspy spędziłam pod nią wiele godzin, za każdym razem na nowo podziwiając, jak bardzo ta bryła przypomina wypiętrzający się wulkan.
Budowa tego 74-metrowego kolosa trwała aż 41 lat, a sam architekt zmarł długo przed jej finałem w 1986 roku. Inspiracja do stworzenia tej ikony przyszła prosto ze wschodu wyspy – z wodospadu Svartifoss, otoczonego charakterystycznymi, heksagonalnymi kolumnami bazaltowymi. Samúelsson przeniósł te niezwykłe formacje wprost na deski kreślarskie, tworząc to, co dziś nazywamy stylem bazaltowym (stuðlabergstíll).
Wnętrze świątyni zachwyca intencjonalnym kontrastem. Zamiast mroku i ciężaru, panuje tam luterańska, czysta biel i świetlistość. Całość dopełniają potężne, ważące 25 ton organy, które uosabiają piękną ideę architekta o "muzyce zaklętej w kamień".
Niespełniona utopia i świątynie kultury
Jego ambicje sięgały znacznie dalej niż pojedyncze obiekty. W latach 20. Samúelsson zaproponował stworzenie "Akropolu Islandzkiej Kultury" na wzgórzu Skólavörðuholt. Plan zakładał budowę zintegrowanego centrum z uniwersytetem, muzeami i kościołem połączonymi alejami spacerowymi. Choć dziś nazwalibyśmy to świetnym przykładem "miasta 15-minutowego", projekt ostatecznie upadł przez spowolnienie gospodarcze i opór lokalnych władz.
Na szczęście w innych częściach stolicy wyrosły jego wspaniałe budynki użyteczności publicznej. Wystarczy spojrzeć na Teatr Narodowy – monolityczny, czarny blok, obłożony obsydianem, którego wnętrze przypomina uśpioną jaskinię lawową. Zupełnie inny klimat ma gmach główny Uniwersytetu Islandzkiego. Świetlisty, wyłożony jasnym kalcytem, miał symbolizować oświecenie i odrodzenie narodu. Architektura ta budziła powszechny podziw, co znajduje potwierdzenie w historii z 1940 roku. Kiedy Brytyjczycy wylądowali na Islandii, dowodzący inwazją generał wydał kategoryczny zakaz rekwizycji kampusu na koszary. Uznał, że obiekt jest po prostu zbyt piękny, by narażać go na wojskową dewastację.
Z szacunku do korzeni
Niezwykle cenię Samúelssona za jego stosunek do rodzimej, wiejskiej tradycji. Przez stulecia Islandczycy żyli w domach z darni (torfbæir) – skromnych, wtapiających się w krajobraz ziemiankach, które po opuszczeniu bezpowrotnie znikały w przyrodzie.
Architekt miał pełną świadomość, że kopiowanie tej technologii w XX wieku to krok wstecz, ale nie zamierzał odcinać się od dziedzictwa przodków. W 1928 roku, projektując szkołę w Laugarvatn, mistrzowsko przetłumaczył proporcje starych, wieloszczytowych darniowych dachów na bryły z trwałego żelbetu. Malowane na zielono dachy sprawiły, że nowoczesny kompleks szkolny doskonale wtopił się w okoliczne łąki i góry. To zresztą właśnie tam, w murach przesiąkniętych dawnym duchem wyspy, Halldór Laxness napisał fragmenty swojej przełomowej powieści "Niezależni ludzie".
Guðjón Samúelsson pozostawił po sobie znacznie więcej niż tylko zarys ulic i kilka pocztówkowych budowli. Podarował Islandczykom przestrzenną tożsamość, uwalniając ich od kompleksu prowincji i niewolniczego kopiowania europejskich wzorców. Kiedy spaceruję dziś po Reykjavíku i patrzę na te surowe, zakorzenione w bazalcie formy, czuję, że ta architektura po prostu nie mogłaby zaistnieć w żadnym innym miejscu na Ziemi. To sztuka bycia dumnym ze swoich własnych, wulkanicznych korzeni.