Kiedy pierwszy raz zobaczyłam 101 Reykjavík, byłam przekonana, że ktoś się pomylił z etykietą kraju pochodzenia. Islandia w moich wyobraźni to była surowa, milcząca kraina owiec i lawy – a tu nagle miejski chaos, seks, alkohol i bohater, który nie potrafi wyjść z pokoju rodziców. Tym kimś, kto przestawił mi ten obraz o dziewięćdziesiąt stopni, był Baltasar Kormákur. I od tamtej pory jego nazwisko wraca w każdej rozmowie o tym, czym w ogóle jest islandzkie kino.

Kormákur, urodzony 27 lutego 1966 roku w Reykjavíku, to dziś najbardziej rozpoznawalny islandzki twórca filmowy na świecie – ale sprowadzanie go do etykiety „reżyser" jest sporym niedopowiedzeniem. Jest aktorem, scenarzystą, producentem i, co być może najważniejsze dla przyszłości islandzkiego kina, człowiekiem, który zbudował od zera cały przemysł filmowy w kraju liczącym niewiele ponad 400 tysięcy mieszkańców. Ta historia zaczyna się jednak nie w studiu filmowym, tylko w domu pełnym farb i teatralnych scenariuszy.

Dziecko dwóch kultur

Ojciec Kormákura, Baltasar Samper, to kataloński malarz z Barcelony, który wyemigrował do Islandii na początku lat 60. Matka, Kristjana Guðnadóttir Samper – w branży częściej kojarzona jako aktorka Kristbjörg Kjeld – była jedną z najbardziej znanych twarzy islandzkiej sceny. Dorastanie w domu, gdzie hiszpański ekspresjonizm spotykał się z nordyckim teatrem, dało Kormákurowi coś, czego nie da się wyuczyć na żadnym kursie reżyserii: naturalną umiejętność poruszania się między dwoma zupełnie różnymi językami wizualnymi. Jedna noga w Barcelonie, druga w Reykjavíku – i z tego rozkroku zrodziła się później cała jego kariera, rozpięta między kameralnym kinem autorskim a hollywoodzkimi widowiskami.

Formalne wykształcenie zdobył w Islandzkiej Szkole Teatralnej (Leiklistarskóli Íslands), którą ukończył w 1990 roku po solidnym treningu warsztatu aktorskiego – pracy z ciałem, głosem, psychologią postaci. Zaraz potem dostał angaż w Islandzkim Teatrze Narodowym, gdzie przez siedem lat grał główne role zarówno w klasyce, jak i we współczesnym repertuarze. Równolegle, jak to często bywa u ludzi, którzy nie potrafią usiedzieć w jednej roli, zaczął interesować się tym, co dzieje się po drugiej stronie kamery.

Zanim jednak przeszedł na fotel reżysera, zdążył zbudować solidne CV aktorskie. Wystąpił między innymi w Wallpaper: Erotic Love Story (1992), Agnes (1995), Wyspie diabła (1996) Friðrika Þóra Friðrikssona czy nominowanych do nagród międzynarodowych Aniołach wszechświata (2000). Próbował sił także za granicą – w amerykańskim No Such Thing Hala Hartleya, fińskim Me and Morrison czy francusko-islandzkim Stormy Weather. Te lata przed kamerą nie były przystankiem w drodze do reżyserii – to one nauczyły go, czego aktor naprawdę potrzebuje na planie, i ta wiedza wróci później, gdy będzie kierował gwiazdami pokroju Jake'a Gyllenhaala.

Latibær – lekcja, która zmieniła wszystko

Mało kto kojarzy Kormákura z kolorowym, sportowym elfem z dziecięcej telewizji, a to właśnie tam zaczęła się jego droga reżyserska. W 1996 roku podjął współpracę z mistrzem aerobiku Magnúsem Schevingiem przy scenicznej adaptacji jego książki dla dzieci. Efektem był spektakl Áfram Latibær! – znany później na całym świecie jako LazyTown – opowiadający o leniwym miasteczku, które budzi do życia wysportowany elf Íþróttaálfur.

Kormákur reżyserował całość: choreografię, akrobacje, oprawę muzyczną Mániego Svavarssona. Rezultat? W latach 1996–1997 spektakl obejrzało ponad 69 procent docelowej grupy odbiorców w Islandii – liczba, przy której większość producentów telewizyjnych by się popłakała ze szczęścia. To był fundament pod globalną franczyzę medialną, którą świat pozna jako serial emitowany w kilkudziesięciu krajach.

Dla samego Kormákura Latibær był czymś więcej niż komercyjnym strzałem w dziesiątkę. Nauczył go zarządzania masową produkcją rozrywkową i pokazał, że lokalny, islandzki koncept – odpowiednio dopracowany wizualnie – ma potencjał transnarodowy. To przekonanie będzie mu towarzyszyć przez resztę kariery, aż po dzisiejsze RVK Studios.

Kino, które zdemontowało islandzki mit

W 2000 roku Kormákur zadebiutował w kinie fabularnym filmem 101 Reykjavík, opartym na powieści Hallgrímura Helgasona, z hiszpańską gwiazdą Victorią Abril w obsadzie. To był akt buntu przeciwko dotychczasowemu wizerunkowi Islandii – tej nostalgicznej, pasterskiej krainy z pocztówek. Zamiast tego dostaliśmy pulsujący, wielkomiejski portret młodego pokolenia z Reykjavíku, zmagającego się z alienacją i kryzysem tożsamości. Film zdobył Discovery Award na festiwalu w Toronto, a Kormákur trafił na listę „10 reżyserów do obejrzenia" magazynu Variety.

Dwa lata później przyszło Morze (Hafið, 2002) – rodzinny melodramat na kanwie sztuki Ólafura Haukura Símonarsona, z wyraźnymi echami Króla Leara. Starzejący się właściciel przetwórni rybnej, Thordur (Gunnar Eyjólfsson), zwołuje skonfliktowane dzieci, by ogłosić likwidację firmy. Film trafił w nerw kraju stojącego u progu transformacji gospodarczej – starcie pokolenia zakorzenionego w pracy na morzu z nową generacją, która woli spekulacje finansowe od sieci rybackich. Zdobył osiem nagród Edda, w tym za najlepszy film i reżyserię, a mroczny humor babci-palaczki granej przez Herdís Þorvaldsdóttir do dziś wspominają islandzcy widzowie.

Tytuł Rok Nagrody O czym właściwie jest
101 Reykjavík 2000 TIFF Discovery Award Alienacja młodego pokolenia w wielkim mieście
Hafið (Morze) 2002 8x Edda Upadek patriarchatu na islandzkiej prowincji
A Little Trip to Heaven 2005 nominacje Edda Noir i moralna korupcja na amerykańskiej prowincji
Mýrin (Bagno) 2006 Kryształowy Globus, Karlowe Wary Genetyka, deCODE, rodzinna trauma
Djúpið (Na głębinie) 2012 11x Edda, krótka lista Oscara Walka o przetrwanie po katastrofie morskiej
Everest 2015 nominacje SAG Ludzka pycha wobec żywiołu
Eiðurinn (Anatomia przemocy) 2016 najkasowszy film roku w Islandii Granice ojcowskiego instynktu
Snerting (Dotyk) 2024 dystrybucja Focus Features Pamięć, przemijanie, trauma Hiroszimy

Baranie oko i deCODE – narodziny islandzkiego noir

Bagno (Mýrin, 2006), oparte na powieści Arnaldura Indriðasona, to prawdopodobnie najważniejszy pojedynczy film w historii nordic noir. Kormákur razem z operatorem Bergsteinnem Björgúlfssonem stworzył wizualną gramatykę, którą później skopiuje pół Skandynawii: wyprana z kolorów paleta, szerokie ujęcia pustkowia, chłodne naturalne światło, zero cyfrowych podkoloryzowań.

Zmęczony życiem detektyw Erlendur (świetny Ingvar Eggert Sigurðsson) prowadzi śledztwo w sprawie pozornie banalnego morderstwa – i w pewnym momencie, ze stoickim spokojem, wyjada palcami oko z gotowanej baraniej głowy, tradycyjnego dania svið, analizując przy tym akta sprawy. To jedna z tych scen, które zapadają w pamięć bardziej niż cała reszta fabuły, bo w kilka sekund mówią więcej o islandzkiej kulturze niż niejeden przewodnik turystyczny.

Fabuła nie jest tylko kryminałem. Odnosi się wprost do realnej firmy deCODE Genetics, która uzyskała od islandzkiego rządu dostęp do danych medycznych i genealogicznych praktycznie całej, genetycznie jednorodnej populacji wyspy. Tytułowe „Jar City" to metaforyczny magazyn słoików z ludzkimi organami – Reykjavík jako archiwum, w którym sekrety przeszłości są zakodowane dosłownie we krwi mieszkańców. Film zdobył Kryształowy Globus w Karlowych Warach i pokazał, że Kormákur potrafi robić solidne kino gatunkowe bez rezygnowania z intelektualnego ciężaru.

Sześć godzin w lodowatej wodzie

Jeśli szukać jednej cechy, która najmocniej definiuje reżyserski charakter pisma Kormákura, to jest nią obsesja na punkcie człowieka mierzącego się z żywiołem. Sam mówił niejednokrotnie, że to efekt dzieciństwa spędzonego na samotnych wyprawach konnych przez islandzkie Highlands i żeglowaniu – zawsze żaglówką, nigdy motorówką, bo tylko żagiel wymaga prawdziwej współpracy z wiatrem.

Najpełniej ta filozofia ujawniła się w Na głębinie (Djúpið, 2012), rekonstrukcji autentycznej katastrofy kutra Breki z 1984 roku. Rybak Gulli (Ólafur Darri Ólafsson) po zatonięciu jednostki spędza sześć godzin w wodzie bliskiej zera stopni – i przeżywa. Nauka tłumaczy to w zasadzie tylko jednym sposobem: grubością jego tkanki tłuszczowej, porównywalną do naturalnej izolacji fok. Kormákur odrzucił hollywoodzki patos. Jego bohater to zwyczajny, otyły, palący papierosy facet, nie żaden nadczłowiek.

Zdjęcia kręcono na otwartym oceanie u wybrzeży Vestmannaeyjar, bez basenów studyjnych i bez green screena – bo, jak twierdzi reżyser, zimna i wycieńczenia po prostu nie da się zagrać. Premiera w 2012 roku, cztery lata po krachu bankowym, który omal nie zrujnował Islandii, sprawiła, że krytycy odczytali walkę Gullego jako metaforę odporności całego narodu. Film przyniósł 11 nagród Edda i wylądował na krótkiej liście Oscara.

Ta sama filozofia „prawdziwego zimna" wróciła w Everest (2015) – zdjęcia w Nepalu i tyrolskich Alpach kręcono w temperaturach poniżej minus trzydziestu stopni, a technologię 3D IMAX Kormákur wykorzystał nie jako gadżet, lecz jako narzędzie wywołujące fizyczny lęk przed wysokością i brakiem tlenu.

Hollywood jako bankomat, nie jako dom

Sukcesy komercyjne otworzyły Kormákurowi drzwi do amerykańskiego przemysłu – Kontrabanda (2012), 2 Agenci (2013), 41 dni nadziei (2018, ponad 60 milionów dolarów przychodu na świecie). Mógł się przeprowadzić do Los Angeles. Nie zrobił tego. Konsekwentnie traktuje Hollywood jako źródło kapitału, który potem reinwestuje w rozwój islandzkiej kinematografii.

Świetnym przykładem tego wzorca jest Anatomia przemocy (Eiðurinn, 2016), gdzie Kormákur znów łączy role scenarzysty, reżysera i aktora – gra kardiochirurga Finnura, który w obronie porwanej przez dilera córki stopniowo przekracza wszystkie granice moralne. Tytułowa przysięga to oczywiście przysięga Hipokratesa. Film stał się najbardziej kasową produkcją w Islandii w 2016 roku – dowód, że islandzka publiczność potrafi docenić kino moralnie niewygodne, jeśli tylko jest zrobione dobrze.

W 2024 roku przyszedł zwrot – Dotyk (Snerting), adaptacja powieści Ólafura Jóhanna Ólafssona, dystrybuowana globalnie przez Focus Features. Rejkiawicki restaurator Kristófer (Egill Ólafsson), u którego zdiagnozowano wczesną demencję, ucieka przed pandemią COVID-19 i wyrusza do Londynu i Tokio, żeby odnaleźć młodzieńczą miłość Miko. Retrospekcje z końca lat 60. sfilmowano w ciepłych, nasyconych barwach – kontrastujących ze sterylną, niebieskawą paletą pandemicznej współczesności. W tle pojawia się bolesny wątek historyczny: ojciec Miko przeżył wybuch bomby atomowej w Hiroszimie. To najbardziej intymny, powściągliwy film w karierze Kormákura – i chyba dowód, że po latach widowisk katastroficznych wciąż potrafi zrobić krok w tył.

Gufunes: miasto filmowe zamiast „Czarnobyla"

Gdyby Kormákur skończył na reżyserowaniu, i tak zasłużyłby na osobny rozdział w historii islandzkiego kina. Ale jego najtrwalszym dziełem może się okazać coś zupełnie innego – infrastruktura. W 1999 roku założył firmę produkcyjną Blueeyes Productions, przekształconą w 2013 roku w RVK Studios, którego pozostaje dyrektorem i przewodniczącym rady nadzorczej.

Cel był prosty do sformułowania, trudny do zrealizowania: przestać być jedynie plenerem dla hollywoodzkich ekip, które przywoziły własny sprzęt i całą postprodukcję zostawiały poza granicami kraju. W 2016 roku Kormákur wykupił rozległe tereny na półwyspie Gufunes, dziesięć minut od centrum Reykjavíku. Zdewastowane zakłady nawozów sztucznych, które mieszkańcy nazywali potocznie „Czarnobylem", zamienił w nowoczesne miasteczko filmowe.

Parametr Wartość
Powierzchnia hal zdjęciowych ok. 8 000 m²
Wartość dodana programu wsparcia (2019–2022) 82,7 mld ISK
Mnożnik ekonomiczny 1 ISK inwestycji → 6,80 ISK przychodu
Zwrot kosztów produkcji (reimbursement) do 35% kosztów kwalifikowanych
Planowane mieszkania w Gufunes ok. 900 apartamentów

Otwarte w 2018 roku RVK Studios dysponuje trzema halami zdjęciowymi – flagowe Studio 1 należy do największych w Europie. Kręcono tam m.in. Wikinga Roberta Eggersa, czwarty sezon Detektywa: Kraina nocy z Jodie Foster, Luther: Zmierzch, serial King & Conqueror z Jamesem Nortonem, a usługi produkcyjne trafiły też do ekip Star Trek: Discovery i Wiedźmina.

Ambicja sięga dalej niż hale zdjęciowe. Trwa budowa około 900 mieszkań, w których filmowcy i artyści mają mieszkać w bezpośrednim sąsiedztwie planów zdjęciowych, a długoterminowa wizja obejmuje nawet tramwaj wodny łączący półwysep z portem w Reykjavíku. To nie jest już studio filmowe – to próba zbudowania dzielnicy miasta wokół przemysłu kreatywnego, jeden z bardziej ambitnych projektów urbanistycznych w tej części Europy.

Trapped, Katla i podmieńcy z lodowca

Na scenie telewizyjnej RVK Studios zaczęło od kryminału Trapped (Ófærð, 2016–2019), stworzonego z Sigurjónem Kjartanssonem – małe miasteczko odcięte śnieżycą, śledztwo, klaustrofobia, wszystko, czego oczekuje się po skandynawskim kryminale, tylko podane bez kompromisów.

Bardziej odważny okazał się Katla (2021) – pierwsza islandzkojęzyczna produkcja oryginalna Netflixa. Akcja toczy się w ewakuowanym miasteczku Vík, rok po erupcji subglacjalnego wulkanu o tej samej nazwie. Z topniejącego lodowca zaczynają wyłaniać się nagie, pokryte czarną gliną istoty – idealne kopie osób dawno zaginionych albo młodszych wersji ludzi, którzy wciąż żyją. Kormákur i Kjartansson wplietli w fabułę islandzki folklor o podmieńcach, ale zrezygnowali z taniej straszliwości rodem z horrorów. Sobowtóry z lodowca to fizyczna projekcja żalu, winy i niespełnionych pragnień bohaterów – każde ich pojawienie się zmusza mieszkańców do rozliczenia z przeszłością.

Zdjęcia na czarnych plażach koło Vík, eteryczna ścieżka dźwiękowa Högniego Egilssona w wykonaniu Islandzkiej Orkiestry Symfonicznej i przestrzenny dźwięk Dolby sprawiają, że trzask pękającego lodu odczuwa się niemal fizycznie. Serial zebrał 100 procent pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i bywa porównywany do Solaris Tarkowskiego czy francuskich Les Revenants – towarzystwo, w którym niewiele produkcji telewizyjnych ma prawo się znaleźć.

Zamiast podsumowania

Trudno wrzucić Kormákura do jednej szufladki. Jest reżyserem autorskim, rzemieślnikiem od hollywoodzkich blockbusterów i biznesmenem-urbanistą jednocześnie – a mimo tej rozpiętości jego twórczość trzyma się razem na jednym pytaniu: co dzieje się z człowiekiem, gdy zderza się z czymś większym od siebie, czy to z oceanem, czy z własnym sumieniem.

To, co zbudował w Gufunes, jest może ważniejsze niż którykolwiek z jego filmów. Przekształcił niewielki, wyspiarski kraj w samowystarczalny ośrodek produkcji filmowej i pokazał, że kulturowa suwerenność w XXI wieku nie jest mrzonką, tylko kwestią konsekwencji i cierpliwości rozłożonej na dekady. Islandia na mapie światowego kina wygląda dziś inaczej niż dwadzieścia lat temu – i w dużej mierze to zasługa jednego człowieka, który zaczynał od sztuki o leniwym miasteczku i sportowym elfie.